piątek, 17 lutego 2017

Ziemia obiecana- Stara Dama idzie po swoje

Pięć z rzędu tytułów mistrzowskich, dorzucone dwa puchary kraju. Nawet najwięksi rywale nie mają wątpliwość, że żyjemy w erze wielkiego Juve. Dominacja na krajowym podwórku od zawsze leży w gestii Starej Damy ale do pełni glorii chwały brakuje zuchwałego triumfu na arenie międzynarodowej. Za kilka lat, taki komentator Eleven stwierdzi: "To było wielkie Juve ale w Europie nic nie ugrali, za to Inter Mourinho w jednym sezonie zdobył wszystko co się da". To byłby niewątpliwy rys w rozdziale Allegriego jak i klubu, sama Serie A to już za mało. Pomimo niezaprzeczalnego faktu, że kolejne scudetto przychodzi z większym trudem należy (nie lubię tego słowa w kontekście sportu) oczekiwać postawienia kropki nad "i" w postaci upragnionej Ligi Mistrzów. 



Berlin 2015, Stara Dama po raz szósty przegrywa w finale Ligii Mistrzów. Górą nie do zdobycia okazała się tym razem Duma Katalonii. Goryczy porażki nie osłabia fakt, że dwa lat temu podopieczni Luisa Enrique grali piłkę nie z tej ziemi. Za dużo tych przegranych finałów, od pamiętnego Wiednia, wróć- Rzymu i wydartego po rzutach karnych triumfu minęło ponad 20 lat. W tym czasie, Stara Dama przeszła przez wrota piekła Serie B i z wielkim przytupem odbudowała swoje Królestwo na ziemi Włoskiej. Wspomniany finał był pierwszym jaki zapadł mi w pamięć, jako trzydziestolatek nadal mam w głowie drużynę Lippiego, przesyconą Włoskim temperamentem, kipiącą wielkimi osobowościami i kagańcem taktycznym. Tamten Juventus różnił się diametralnie od obecnego. Pozbawiony zabójczego ataku, grający twardy i bezkompromisowy futbol, w rodzimej lidze uznający wyższość Milanu. Drużyna grająca mocno przemyślaną piłkę i jedynie wyrafinowanie budzi podobieństwo z obecnym Juventusem.

Ciężko przełożyć hegemonie z Italii na Europejskie warunki. Scenariusz dobrze znany, puchar niemal na wyciągnięcie ręki, niemal witający się z gąską Bianconeri. Tak było gdy w Amsterdamie górą byli Królewscy, a Stara Dama padła od własnej broni, w Monachium choć Juve miało wszystkie argumenty by trzeci raz podnieś w górę puchar stworzony przez Jörg Stadelmanna, w Manchesterze gdy tego ciepłego wieczora Nelson Dida wyrósł na Boga, a kulejący Serginho uzupełniał nutę dramatyzmu. Przeklęta kartka Nedveda w półfinale, katastrofalna pierwsza połowa w finale z BVB bądź szalenie wyrównane finały z Realem i Milanem. Nawet Adaś Miałczyński miałby dosyć.

Bianconeri stali się liderami wśród przegranych finalistów. Na dobitkę w międzyczasie gabloty w Mediolańskich klubach (głównie jednego) znaczne powiększyły europejskie kampanie. Retoryka Berlusconiego o DNA europejskim Rosonerich opierała się na suchych faktach, druga część stolicy Lombardii skorzystała na geniuszu Special One. Juve pomimo świetnych sezonów, jakości czysto piłkarskiej, doświadczeniu i poważnych osobistości na ławce trenerskiej powielali ten sam schemat mistrzostwo Serie A i niesmak po przygodzie w Lidze Mistrzów. Jakby banał, że nie można mieć wszystkiego w życiu musiał w przypadku Starej Damy dawać o sobie znać.

Żadna passa nie trwa wiecznie. Allegri przebił już Conte na europejskiej arenie. W przeciwieństwie do obecnego coacha Chelsea potrafi grać nie tylko w rozgrywkach ligowych. Berliński finał osiągnął na samych oparach. Ostatnie tchnienie Pirlo, chimeryczny do cna Morata i ostatni Mohikanin Tevez. W teorii miał być to sezon strażaka z obroną Częstochowy przed rozpędzoną Romą i napaloną sforą z Neapolu. Rok po dramatycznej klęsce z Galatasary i przytłaczającej niemocy w półfinale Ligi Europy jakby od niechcenia Stara Dama weszła na ostatnią prostą. Zabrakło argumentów, siły rażenia na poziomie rywala, a może po prostu o szczyt piłkarskiej perfekcji Barcelony rozbiłby się każdy.

Teraz ma być inaczej. Od początku sezonu wszyscy głośno mówią o Lidze Mistrzów. Nie po to Marotta rozbił bank, podczas gdy w Serie A wystarczyło nadal co niedzielę drobnymi kłaść na tacę. Tak silnej drużyny w Turynie nie było od czasów Lippiego i jego machiny z sezonu 2002/3. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, tak więc w Turynie stwierdzili, że danie główne już nie wystarczy i po latach diety należy wreszcie sięgnąć po deser. Sęk w tym, że Liga Mistrzów to specyficzna piaskownica. Można wygrać rozgrywki notując katastrofalny sezon w rozgrywkach ligowych- patrz Chelsea, Liverpool, Real w 2001 roku. Można przejechać się w jednym spotkaniu przekreślając całą kampanię- klęska drużyny Guardioli w Mediolanie, na wulkan zwalać wszystkiego nie można. Futbol pozbawiony jest logiki, rozgrywki międzynarodowe są empirycznym dowodem na tą tezę.

Dominacja w lidze i bogactwo składu, Allegri został rozpieszczony i nie będzie mógł tym razem powołać się na krótką ławkę, brak amunicji z jakim zmagał się Conte (epicki atak w dwumeczu z Bayernem) czy też brak doświadczenia. Oczywiście, do finału pozostało kilka tygodni, a w tym świecie poza Arsenalem nic nie jest pewne. Plaga kontuzji w poprzednim roku zabiła Bawarczyków, zmęczenie materiału zabrało historyczną szansę Barcelonie. Wątpliwości nie brakuje, czy nowe ustawienie sprawdzi się w Europie, czy Pipita nauczy się wreszcie Ligi Mistrzów, czy i tym razem klątwa finału nie powróci, a może rzeczywistość brutalnie sprowadzi Starą Damę na boiska Serie A. Usprawiedliwieniem nie będzie ligowy kalendarz bądź presja rywali, przynajmniej na razie sytuacja z grą na kilku frontach jest przyjemna. Bianconeri mają swoje „5 minut” kiedy jeśli nie teraz? Buffon nieubłaganie zbliżający się do emerytury, atak przewyższający marzenia sprzed kilku lat, Juve swoim potencjałem przewyższa aż nadto całe calcio, wieloletni casus Bawarczyków którzy przekuli dominację w Bundeslidze w starciu z Valencią. Teraz czas na Ciebie Stara Damo.

Do starcia z FC Porto gracze Juventusu podchodzą w roli faworyta. Oczekiwania są klarowne, awans to obowiązek i żadne „ale” nie pomoże jeśli podopiecznym Allegriego podwinie się noga. Z kreowanym nowy, cudownym dzieckiem Portugalskiej piłki w postaci- André Silvy, stabilną defensywą, zaklętą twierdzą w której bestialsko rozszarpane zostały Lisy i wrodzoną sposobnością gry w Europie- spacerku nie będzie. Umówmy się, Porto to nie ekipa na poziomie Bayernu, można było trafić gorzej, a Juve przy zachowaniu dystansu obiektywizmu, potencjałem nie ustępuje najpoważniejszym kandydatom do triumfu. Dlaczego tym razem może się udać? Po pierwsze, odpowiednia jakość, po drugie- atak o którym z czystym sumieniem można napisać- czołówka na Starym Kontynencie, doświadczenie, siła drugiej linii, olbrzymia elastyczność, wyrafinowanie niezbędne by nie dać się rozłożyć przy braku koncentracji. Tak, Juventus może, przynajmniej w teorii. 

W idealnym świecie, co najmniej półfinał byłby pisany Starej Damie, ale rzeczywistość rzadko bywa bliska wyobrażeniom tak więc europejska kampania Juve może nie doczekać wiosny. Pompowanie balonika jest zasadne, Juventus zawsze celował w najwyższe cele, drużyna Allegriego za kilka lat będzie oceniana nie tylko przez pryzmat dokonań ligowych, tutaj mamy jasność. Dla Chielliniego, Buffona, Marchisio, Barzagliego to kwestia dopełnienia kariery, by po zawieszeniu korków nie było żalu. Łatwo popaść w samozadowolenie, nomen omen sidła cynizmu który stanowi o sile Starej Damy, być może przez to z chłodem przyjmuje perspektywę triumfu w Champions League. Jak stwierdził Claudio Marchisio- zwycięstwa uzależniają, stają się najsilniejszym narkotykiem, nie dajmy się posłać na odwyk. #JuveMusisz


Forza Juve
Fino Alla Fine

wtorek, 14 lutego 2017

Najedzony bramkami.. czyli jak Higuain za nic ma dietę.

 Krótki przepis na snajpera z prawdziwego zdarzenia? Wielcy napastnicy noszą głowę wysoko, za nic mają krytykę i równie celnie jak do bramki potrafią operować ciętą ripostą. Egocentryzm i niechęć do wszelkiej uległości krzepi z każdą kolejną bramką. „Kluczem do wielkości jest pokora” - wypalił swego czasu Roberto Baggio, oto w opozycji do wąskiej definicji napastnika przez duże „P” stawali w kolei kolejni bombardierzy Serie A. Od czasów Davide Trezeguet kibice Starej Damy doczekali się wreszcie napastnika z prawdziwego topu światowego. O ile Carlos Tevez robił różnice, a Alvaro Morata miewał odświętne przebłyski geniuszu to dopiero napastnik rodem z francuskiego Brestu przejął schedę po najlepszym stranierim w historii Juve.

Potrzebujemy klasycznej maszyny do strzelania- taka idea przyświecała w upalny dzień gdy możnowładni zarządcy Juve zdecydowali się wprowadzić w życie szatański plan. Fortuna jakiej włoska piłka nie widziała od czasów szalonych transakcji z Christianem Vierim bądź koncepcji wielkiego Lazio gdy Sven-Göran Eriksson urządził prywatne eldorado wydając bez zastanowienia kolejne miliony, na listach przebojów hulały dziewczyny ze Spice Girls, a Eros Ramazzotti uwodził kolejne naiwne niewiasty. 94 mln, niemal milion euro za każdy kilogram. Z miejsca, deal Pipity stał się najbardziej kontrowersyjnym ruchem Marotty. Niechętny na wydawanie wielkich sum na jednego piłkarza, chwilami skąpy jakby w metryce urodzenia miał wpisany Kraków. Obiegowa opinia nie pozostawała złudzeń- Moratta nie potrafi robić wielkich transferów do klubu. Ale skoro przyszła ochota na wisienkę na torcie i sakiewka z Manchesteru była w drodze to dlaczego nie?

Wybór Higuaina był skrajnie prostolinijny. Do Turynu miała trafić „dziewiątka” z najwyższej półki, z wiadomych powodów szanse na pozyskanie Lewandowskiego lub Luisa Suareza można było odłożyć między bajki. Jedynym dostępnym na rynku, a zarazem do granic możliwości przyswojony do realiów Serie A był właśnie ówczesny gracz Napoli. Marotta był pewny swego- „Higuain to mój najlepszy transfer”. I nawet każda kolejna fotka ciężkiej wagi nie była w stanie osłabić entuzjazmu. Odrzucając ojcowską miłość Sarriego, Pipita wydał na siebie wyrok „Syna Marnotrawnego”. Idąc drogą Roberto Baggio dołączył do największego wroga po to by dłużej nie oglądać cudzych triumfów i samemu zdobyć piedestał. 

Rola Pipity na J-Stadium nie wymagała jakiegokolwiek doprecyzowania. Strzelać seriami, robić różnice, najprościej- przenieś kipiący Wezuwiusz do stolicy Piemontu. Zganiając parol na szóste z rzędu a pierwsze dla samego zainteresowanego Scudetto, Higuain szybko odnalazł się w nowych butach- 18 bramek w 24 spotkaniach Serie A robi wrażenie. Począwszy od debiutu z Fiorentiną po ostatnie bramki z Cagliari pewna rzecz pozostała niezmienna, instynkt mordercy żywcem wydarty z Neapolu. Higuain w krótkim czasie obalił mit fenomenu poprzednich dziewiątek w Turynie. Z całą sympatią dla Moraty lub Zazy, dziś z rumieńcami oświeconego innowiercy możemy doświadczyć typowego człowieka od strzelania bramek. Abstrahując od liczb i statystyk, Pipita nie traci polotu na wrażeniach wizualnych, mamienia rzeczywistości bądź autokreacji napastnika kompletnego. Jaki jest Higuain? Każdy widzi- gruby, skuteczny, robiący po prostu „swoje”. 
Gole na miarę 3 punktów w kluczowych spotkaniach z Torino, Romą bądź Napoli zamknęły usta ostatnim krytykom. Higuain nie strzela w ważnych spotkaniach? Miód dla uszu niemal jak złoto ustna polemika Nainggolana. Pipita jest jak ostatni album Franka Oceana, niepozorny, jakby nieobecny i pozostawiający po sobie wrażenia przeciętności z ukrytym bogactwem. Momentami jak słoń w składzie porcelany dający powód by powątpiewać w jego właściwe proporcje wagowe, marnujący setkę jakby to był kolejny, nudny trening by kilka minut później przypomnieć dlaczego należy do światowej czołówki wykorzystując ćwierć sytuacji a`la Mateusz Święcicki. Błysk który za rzadko gościł w szeregach Bianconeri w ostatnich sezonach. O Higuanie nie mówicie tyle co o Icardim, jego występy nie budzą takich emocji jak show Mertensa, a i Edin Dzeko częściej spotyka się z pochlebnymi recenzjami.
Taki urok Pipity. Nie czaruje, nie notuje spektakularnych występów, robi to po co został sprowadzony do Turynu. Na pozór nic wielkiego, jednak warto się oprzeć na suchych liczbach. Od 40 lat żaden napastnik Starej Damy nie trafiał częściej do bramki rywali niż Pipita, kwestią czasu jest przebicie dorobku z debiutanckich sezonów Teveza i Dybali. W pozorowanej ciszy i skromnej finezji spłaca się z każdą kolejną zdobytą bramką. Świetny dorobek z poprzednich rozgrywek postawił wysoko poprzeczkę określając możliwości Argentyńczyka i chyba mało kto wierzy w powtórkę z rozrywki. Jeśli jednak Pipita dorzuci do swojego warsztatu skalpy w Lidze Mistrzów już nikt nie stwierdzi, że brakuje mu czegoś.

Przejście Higuaina do Turynu stało się największym wydarzeniem XXI wieku na włoskich boiskach. Bezstronni fani calcio mogli wreszcie poczuć to co czują sympatycy Premier League lub La Liga każdego lata. Dla koalicji Anty-Juve Higuain w koszulce Starej Damy zabija widowisko. Transfer z serii zapewnij sobie mistrzostwo, coś jak Van Persie w MU bądź Lewy w Bayernie. Odbiór poczynań Higuaina jest co najmniej przychylny. Rozpieszczony w gronie świetnych pomocników, a Icardi niczym Rambo zrzucony do dżungli. Nie łatwo zaskarbić sobie uznanie piłkarskiej Italii. Patrzący jednak na Pipitę podnoszącego scudetto Aurelio De Laurentii będzie miał kolejną drzazgę w oku, a w Rzymie przeświadczenie, że marzenie o mistrzostwie było jedynie miłym snem.



Fino Alla Fine
Forza Juve

środa, 8 lutego 2017

Otwierajcie szampany! Juve uwalnia się od zbędnego balastu

Bracia i siostry! Wszyscy zrzeszeni wspólnotą juventino oto nadszedł ten dzień. Anderson Hernanes de Carvalho Viana Lima zwany potocznie Hernanes`em opuszcza J-Stadium, co dla wielu z Was zapewne oznacza powód do świętowania. Kamień z serca spadł również mi, ubytek sportowy znikomy, w zasadzie na poziomie występów Brazylijczyka w barwach Juve, a parę milionów euro można odłożyć na letnie zakupy. Jeszcze parę lat temu były już zawodnik Starej Damy uchodził za czołowego piłkarza na swojej pozycji w Serie A. Dziś żegnany z pocałowaniem ręki. Dlaczego przygoda stałego bywalca kpin, mało wysmakowanych memów i ławki rezerwowej z góry skazana była na klęskę? Cóż, przeznaczenia nie oszukasz...
Bez owijania w bawełnę. Hernanes w barwach Juve miał jak u Pana Boga za piecem. Trochę sobie pograł, posmakował przygody Ligii Mistrzów i co najważniejsze mocno wzbogacił stosunkowo ubogą w dokonania kartotekę sukcesów. Kto by nie chciał przytulić bez wysiłku Scudetto i Copa Italia, dzielić szatnię z graczami pokroju Gigiego Buffona, Pipity bądź Leo Bonucciego, w dodatku za niezłą pensję. Niejaki Padoin, nigdy nie wychodził przed szereg. Od początku wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z notabene graczem pokroju swojej byłej drużyny. Conte potrzebował uniwersalnego plastra, Simone gwarantował takie usługi. Przypadek Hernanesa jest zgoła inny. Szykowany do pierwszej jedenastki, z konkretnie przypisaną rolą na boisku. Ograny w realiach calcio, z wyrobioną marką w barwach Biancocelesti i łatką biegającej przeciętności zaskarbionej dzięki występom w drużynie Interu. To nie mogło wypalić...

Hernanes stał się kozłem ofiarnym wpadki transferowej Moratty. Plan na pozyskanie latem 2015 roku trequartisty brutalnie zweryfikował rynek. Z parapetówki u Draxlera pozostał wilczy humor na Twitterze, równie obiecujące wówczas alternatywy z trudnych do wyjaśnienia przyczyn zaprowadziły Starą Damę do Mediolanu. 11 mln i niechciany na San Siro pomocnik wydawał się skrajnie oszczędnościowo-przyziemnym rozwiązaniem. Hernanes miał dać większy komfort w środku pomocy, Allegriemu umożliwić grę na wcześniej wspominanego trequartiste. Chyba sam Marotta nie wierzył w taki scenariusz, mając na uwagę skok jakościowy jaki jest głównym motorem napędowym każdego mercato pozyskanie Brazylijczyka można traktować jedynie w kategorii uzupełnienia kadry. Transfer stricte pasujący do kampanii z czasów Lugi Del Neri`ego i nadmuchany stranierich a`la Jorge Martinez.

Tak więc twór- Juve i Hernanes było związkiem dwóch prędkości. Drużyna po świeżym liftingu z piłkarzem niechciany przez kibiców, niespecjalnie wnoszącym jakość do zespołu. Bilans wychowanka São Paulo dla Starej Damy- 32 spotkania we wszystkich rozrywach i 2 bramki nikogo nie przekona. Z błyskotliwej szybkości, charakterystycznej dla Canarinhos łatwości prowadzenia piłki, atomowego uderzenia zostały jedynie urywki na YouTubie. Stary Hernanes potrafił zaskoczyć rywala, momentami gwarantował różnice upoważniającą do porównań z słynnymi rodakami, ot taki Hamsik po kilku głębszych.

„Prorok” w koszulce Juve wyglądał jak dziecko we mgle. Skrajnie bezproduktywny, nieporadny, klasyczny przykład jeźdźca bez głowy. Wprawdzie okazji do wykazania było niewiele ale sam zainteresowany nie dawał powodu by częściej gościć w wyjściowym składzie. Z meczu na mecz jedynie utwierdzając przekonanie, że trafił do Turynu przez pomyłkę. Być może nie pasował Allegriemu, a konkurencja okazała się szklanym sufitem. Gość który przez kilka sezonów był filarem Lazio przegrywał z kim popadnie. Taki Hernanes spokojnie mógłby grać amanta w telenoweli, zaistnieć w polityce gdyby poglądy okazały się mniej bezpłciowe od posiadacza lub zostać bożyszczem gospodyń domowych. Zakładam, że prawie każdy przymierzany pod koniec sierpnia 2015 do Juve od Vazqueza, Soriano po Witsela i Januzaj`a, dałby więcej drużynie, a przynajmniej w ocenach po meczowych byłoby nieco więcej kolorytu.

Anemiczność wyśrubowana do granic absurdu, coś jak wers „O północy chodźmy na dach”, nijak mająca wartość samą w sobie. Mało kto spodziewał się wielkich pozytywów z tego transferu ale jego irracjonalność przebiła wszelkie oczekiwania. Po piłkarzu aż nadto doświadczonym również na poziomie reprezentacyjnym można było spodziewać się czegoś więcej. Wkład Hernanesa w ostatnie Scudetto był równie mizerny co dokonania Cezarego Trybiańskiego w NBA. Generalnie odbiór byłego reprezentanta Brazylii byłby inny gdyby nie fakt, że przybył w miejsce obiecanego trequartisty, ogryzek zamiast jabłka musiał rozwścieczyć. Zamiast zastrzyku ofensywnej alternatywy dostaliśmy piłkarza mentalnie zawieszonego w czasie, konkretnie we własnym samochodzie gdy ze łzami w oczach żegnał się z kibicami Lazio. Z każdym kolejnym meczem udowadniający że Juventus był zza wysokim koniem. To żaden wstyd, można przybić piątkę Marco Boriello lub Mauricio Isli. Niewykluczone, że w Państwie Środka, wśród biegających Pokemonów „Prorok” wróci na właściwe tory, bo jeśli nie uda się zrobić furory w Chinese Super League to na karierę donżuana będzie już za późno.
Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Anderson Hernanes Lima (@hernanesoj)




Forza Juve
Fino Alla Fine


piątek, 3 lutego 2017

Weź się przytul a dam Ci batonik - Afera nudnej niedzieli.

No weź się przytul”- niedawno Łukasz Stasiak vel po prostu „Stasiak” w takim o to sposób wysyłał pojednawczego gołębia w stronę swoich byłych podopiecznych z wytwórni. Zapewne nie wszyscy tutaj kminią powyższą treść, więc śpieszę z tłumaczeniem: komuś fame rozochocił ego. Turyńskie fochy nie mieszą się w wąskiej doktrynie „bianconeri”. Tak więc Panie Dybala, czas zrozumieć kilka spraw: uno- nawet jeśli Allegri ma zatwardziały łeb to winien mu Pan niepodważalny respekt, duo- gwiazdorskie nawyki to pierwszy krok w stronę odejścia, zarówno z klubu jak i z grona piłkarzy aspirujący do levelu galactico.

Przybicie piony nie zawsze jest proste. Pewien Bolek preferował stopę w stosunku do kompana nie godnego górnej kończyny. Dłoń Evry omal nie poraziła Luisa Suarez, a Figo tłumacząc się kultem religijnym kolokwialnie olał swego coach`a. Wielcy piłkarze miewają swoje humorki, a ich ego nieraz nie mieści się w szatni. Ok, Ibra lub Cantona lubili brać górę nad trenerem. Niesforność cnotą piłkarskich geniuszy ale i przekleństwem. Nie ze wszystkimi takie numery. Pierwszy z brzegu -Luis Val Gaal nie bawił się nigdy w kurtuazje, besztając w emocjach gwiazdorów pokroju Arjena Robbena, Fergie suszył niesfornych choć i bywał też równie pobłażliwy gdy miał do czynienia z kompletnym bufonem. Nie ma podręcznika z instrukcją jak postępować z największymi, każdy piłkarz to inna para kaloszy. Truizm. Równie duży jak gest Paulito w stosunku do Allegriego.

Taki mamy porządek w piłce. Są trenerzy, są ich podwładni. Układ dwupoziomowy, co wolno wojewodzie, to nie Tobie gwiazdorze. Na podważaniu autorytetu trenera przejechało się wielu: Kowal, Balo i cały zastęp wiecznie młodych i utalentowanych kolesi z Ekstraklasy. Nie jeden koneser metod Felixa Magatha przegrał z systemem autorytarnym. Porządek w przyrodzie musi być. Choć na ziemi Polskiej spotkamy częste odejście od normy gdzie trener jest dla piłkarzy i najlepiej żeby pamiętał kto ma przewagę w szatni.

Osobiście lobuje układ prosto z armii gdzie hierarchia jest bardzo sztywna, a kozaczenie kończy się brutalnym sprowadzeniem na ziemię. Z sympatycznego chłopaka z sąsiedztwa rośnie nam duży dzieciak, chwilami sprawiający wrażenie jakby Turyn był już za mały a on sam gotowy na koronę starszego kolegi z Albiceleste. Konia z rzędu temu kto widział w ostatnich miesiącach piłkarza na miarę medialnej ceny. Jako polisa na życie po sprzedaży Pogby. Dybala winien jest dawać z siebie „coś więcej” niż pakiet standardowy, tym bardziej gdy na podpis czeka nowa umowa.

Allegri nie jest trenerem z bajki Paulo Dybali. Głosy z obozu zawodnika w podobnym tonie wypływały niejednokrotnie. Wprawdzie od początku wspólnej przygody z Juve od obu dżentelmenów czuć było wzajemne poważanie lecz również chłód dystansu. Niemal małżeństwo z rozsądku połączone wspólnym interesem. Z pewnością nie w tym chemii a`la Antonio Conte i jego pupile. Niedzielna sytuacja tylko potwierdziła status między tą dwójką, dwa osobne twory zespolone w jedno. Na dłuższą metę kolejny konflikt pewny jak kolejna zmarnowana setka Sturaro.

Wracając do meritum sprawy, niedługo czekaliśmy na wyprostowanie sprawy. Paulito pochylił wysoko postawioną głowę i przeprosił drużynę za swoje zachowanie. Wyczuwam drugie dno w postaci ingerencji padre Barzagliego która uratowała skórę młodszego kolegi. Za liścia na wytrzeźwienie traktuje wpis Mario Mandzukicia na Instagramie: "Nie aspiruję, żeby być najlepszym w drużynie, aspiruję żeby być najlepszym dla drużyny". Czytając między wierszami, Paulo weź zjedz Snickersa bo nie jesteś sobą.

Status świętej krowy przysługuje niewielu. Na szacunek jak i na lepszy kontrakt trzeba sobie zapracować. Póki co owoce tejże pracy są przeciętne. Przebłyski geniusza przemieszane z fochami mierżą obraz największego skarbu w składzie Starej Damy. Gigi Buffon przyznał kiedyś, że najlepszym miejscem dla wychowania Balotelliego byłby Juventus. Pod opieką starszych kolegów z reprezentacji Mario stałby się cywilizowanym i dojrzałym człowiekiem, wysoko pozycjonowanym nie tylko przez memy. Turyński orszak Superniań ma pole do popisu. To, że Dybala jest materiałem na przyszłą Złotą Piłkę wie każdy. Warto pomóc chłopakowi zanim nie zrobią tego w Madrycie lub Barcelonie.



Fino Alla Fine
Forza Juve


sobota, 28 stycznia 2017

Padoin na miarę naszych możliwości

Gdyby kadry wielkich drużyn składały się jedynie z wartościowych i klasowych graczy świat rzeczywisty niebezpiecznie zbliżyłby się do wirtualnej fikcji gier komputerowych. Niezależenie czy kibicujesz Milanowi, Chelsea, Eibar czy Świtowi Krzeszowice w Twojej drużynie znajdzie się człowiek od czapy. Powód licznych wulgaryzmów, powątpiewania w zdrowe zmysły trenera bądź kreowania teorii spiskowych o pochodnej tematyce a`la „Trudne sprawy”. Niejeden Padoin ujmując kolokwialnie „wku..ł” nawet najbardziej wytonowanego kibica. Taki prywatny Chandler Bing którego w sobotnie popołudnie lepiej zaprosić na piwo, oglądanie n-ty raz sezonu ulubionego serialu aby tylko nie zaciągnął ręcznego hamulca drużyny. Czyny w imię dobra ogółu świadczą o szlachetności jednak nie tym razem. Wyzbywając się cząstki hejtera który siedzi w każdym z Nas, taki prywatny „Padoin” sam w sobie jest piękną metaforą życia.

Pod etykietą- „Padoin” kryje się cały szereg niespełnionych wirtuozów zapisanych w annałach futbolu kursywą cynizmu. Momentami wręcz odseparowani od dokonań swych drużyn przez pryzmat pojedynczych wybryków. Dlaczego nazwisko wychowanka Atalanty stało się synonimem tego najbardziej nieporadnego i barwnego typa? Może przez specyficzny wyraz twarzy, wyrażający mniej więcej tyle co wypowiedzi Piotra Żyły dla dziennikarzy TVP. Może dlatego, że koszulka Juve była dla obecnego piłkarza Cagliari palcem Bożym którego nikt na jego miejscu by nie puścił. A może dlatego, że kojarzy się z miłymi dla bianconerich czasami. Sentyment jaki przychodzi do głowy łamie stereotyp słabego gracza jaki przypisywałem jeszcze rok temu Simone.

Pamięć lubi płatać figle. Po kilku latach nie pamiętamy równej formy solidnego rezerwowego, chwilowych zrywów jakiegoś Llorente lub równie stabilnego jak nudnego Giaccheriniego, choć i ten o „Padoinowość” w pamięci kibiców może być spokojny. Ten termin nigdy nie będzie żył w zgodzie z nijakością. Klasyczny „Padoin” dzięki pokracznemu wyglądowi, charyzmie Jasia Fasoli, mimice stworzonej do memów, talentowi do prokurowania kłopotliwych dla siebie (i nie tylko) sytuacji zapada w pamięci bardziej od typowego Pipity robiącego po prostu- to co do niego należy. Swoista „jakość” nabiera na znaczeniu z biegiem lat. Z sezonu na sezon gdy jednego Padoina zastępuje ten drugi. Z czasem, dany sezon oceniamy przez pryzmat takiego gościa który jakimś cudem otrzymywał kolejne szanse pomimo konkurencji i swoich braków.

Padoinowość sama w sobie nie jest niczym złym, o ile nie wykracza poza chwilową nonszalancję bądź moment rozkojarzenia. Gorzej gdy taki Padoin jest iloczynem jakości drużyny, a „Padonizm” czytaj dalej przeciętny styl przekracza granice tolerancji. Kibic Juve poznał smak Padoina jeszcze przed przybyciem Simone na J-Stadium. Ostatni etap tułaczki po powrocie z Serie B, eksperci od gubienia krycia na obronie, nienabite armaty w ataku i nomen omen Padoin w postaci trenera. Umówmy się, tamten sezon był eskalacją koślawości piłkarskiej zapoczątkowanej wraz z przybyciem Giovanni Cobolli Gigli`ego. Co za dużo to nie zdrowo, tak i Stara Dama padła ofiarą fenomenu który bawi jedynie odświętnie. Jednakże ten czyściec był potrzebny aby wybudzić się z marazmu wszechobecnej przeciętności i obudzić DNA juventi.

Wracając do osoby bohatera, jak mało kto potrafił zrozumieć swoją rolę w drużynie, nawet kosztem swoich osobistych aspiracji. Padoin na ławce, Padoin na bokach defensywy, Padoin w pomocy, na środku jako requsita, na skrzydle i znowu na ławce. Niemal każda pozycja naturalna, a w szczególności ta pierwsza wymieniona. Niedostatków w warsztacie piłkarskim od wyszkolenia technicznego po przygotowanie fizyczne możemy wymienić bezliku ale z pewnością braku zaangażowania i woli walki zarzucić nie można. Juventus był po prostu za wysoką półką dla Padoina. Nie pasujący do jednego obrazka z Gigi Buffonem i Paulo Dybalą jak mielonka na jednym talerzu z kawiorem. Jednak ktoś taki był potrzebny drużynie, być jeszcze bardziej niż Juve dla obecnego piłkarza Cagliari Calcio. Człowiek którego z łatwością można obarczyć winą, wyśmiać w momencie potknięcia lub zastąpić kimkolwiek w spekulacji transferowej. Swoisty bufor frustracji przysposobiony na kolejne ciosy gotów nastawić kolejny policzek.

Mimo wszystko nie zamieniłbym Simone na piłkarzy o klasie Axel Witsel lub Julian Draxler obarczonych doktryną grubego portfela i małej atencji. Jest w tym pewna pornografia, estetyczny sadomasochizm każący tolerować wszelki wybryki jakby był częścią życia, naturalnym elementem od którego nie można uciec.

Wczoraj Padoin, dziś Hernanes, jutro Luiz Gustavo. To proces który zawsze znajdzie nową ofiarę. Padoin Padoinowi nierówny, tak więc emocję jakie przypisujemy byłemu zawodnikowi Interu i Lazio mogą odbiegać od klasycznej definicji „Padoina”. Kiedy spadnie kamień z serca niechęć zamienia się w melancholię, bo łatwiej docenić coś czego się nie ma. Niemal każdy poprzednik wydaje się lepszą opcją, niemal każdy, kolejny zapchaj dziura jawi się jako największe przekleństwo. Z czasem Hernanes częściej będzie traktowany jako fanaberia Moratty, śmieszny gościu którego jedynym grzechem była chęć posiadania scudetto na koncie. To kluczowe clou jakie przypisuje kwintesencji zjawiska „Padoinowości” jawi się w ostatnim zdaniu poprzedniego akapitu. Zarówno w swoim życiu jak i w historii Juve każdy ma swojego prywatnego niefortunnego Padoina, nie ważne czy w postaci De Cigle, Zdeněka Grygera, Igora Tudora lub Mohameda Sissoko. Cząstka Simone tkwi w każdym.



Fino Alla Fine
Forza Juve

wtorek, 24 stycznia 2017

Jak żyć Panie Trenerze?

Każdy musi od siebie wiele wymagać i wiedzieć, że konieczne jest podtrzymanie pragnienia zwycięstw. Jesteśmy bardzo młodymi ludźmi, którzy chcą napisać piękną historię w świecie futbolu. A futbol to teraźniejszość, nie przeszłość.- ten o to cytat z „Herr Guardiola” Marti Perarnau powraca jak bumerang gdy obecny szkoleniowiec The Citizens przebąkuje o rychłej emeryturze. Niemal jak wczoraj Pep przejmował pierwszą drużynę Dumy Katalonii, dziś uznawany jako pierwszy przodownik młodego (czy aby nadal?) pokolenia trenerów. Głodnych wyzwań, zachlanych zwycięstw, w pełni oddanych i uzależnionych od swojej pracy. Mimo że Guardiola w roli trenera na najwyższym szczeblu pojawił się niespełna dekadę temu już oczyma przyszłości wodzi za ciepłymi kapciami i chłodnym Tinto de Verano. Odosobniony przypadek? Jednak nie, grono rówieśników również nie wytrzymuje zawrotnego tempa i myśli nad wysiadką. Gdzie te czasy gdy trenerzy byli jak zatwardziali wojskowi. Na czele swojego oddziału dopóki zdrowie i łaska zielonej murawy pozwoli.

Ten post będzie sponsorowany przez termin- „wypalenie zawodowe”. Z encyklopedyczną precyzją: wypalenie zawodowe oznajmia się poprzez brak satysfakcji z wykonywanej pracy, poczucia zastopowania zawodowego. Taki jegomość czuje się przepracowany i niezadowolony z wykonywanego zajęcia, wcześniej sprawiającego przyjemność i satysfakcje. Motorem napędowym tej bolączki staje się stres- pacz efekt uboczny życia w XXI wieku. Podobno wszystkich nas to trafi, chyba, że masz mentalność lazy „Janusza” bądź często zaglądasz w szkło i świat wokół zwisa Ci jak stalaktyty.

Obecny trener z najwyższej półki jest niczym narkoman na odwyku. Uwieziony w szponach ciągłego wygrywania, a rozbrat z ławkę trenerską wychodzi mu bokiem z każdą ominiętą kolejką. Na błąd i poważną dziurę w CV nikt nie chce sobie pozwolić. Z karuzeli trenerskiej dużo łatwiej wypaść niż ponownie do niej wskoczyć. Guardiola podobnie jak Mourinho lub mogą uchodzić za chodzące reklamy kampanii przeciwko stresu. Kolejne siwe włosy, zmarszczki proporcjonalne do regresu Marco Amelii i co raz spokojniejszy język. Pierwszy, świadom swoich sił, ponad rok odpoczywał od ławki trenerskiej. Drugiemu wpadki przysporzyły okazji do odpoczynku. Ten zawód wypala wypala niezależnie od passy. Taki Max Allegri poza niechlubnym końcem na San Siro może czuć się spełniony, co nie przeszkadza mu w snuciu zapowiedzi emerytury. Co prawda do 60-tki trochę mu jeszcze zostało ale pamiętacie co z szóstką na przodzie robił Ferguson lub Beenhakker. Jego poprzednik na ławce Juve na tyle popadł w psychozę pracy trenerskiej, że nie mógł spokojnie wysiedzieć na stanowisku selekcjonera reprezentacji narodowej i tylko czekać jak długo będzie trwał jego miesiąc miodowy na Stamford Bridge.

Mentalność zwycięscy z jednej strony napędza, z drugiej, wyciąga wszystkie siły. Kiedyś trzeba spaść ze szczytu. Andre Villas-Boas szybko wytracił cały hype z czasów kadencji w drużynie „Smoków”. Roberto Di Matteo fame z wygranej Ligi Mistrzów rozmienił na drobne. Spośród najgłośniejszych nazwisk to ten strażak dał Abramowiczowi to czego nie byli w stanie Mourinho, Ancelotii bądź Scolari. Ciśnienia wielkich klubów nie wytrzymali między innymi: Klinsmann i Moyes. Starsi koledzy dużo łatwiej znosili upadki, a osobiste klęski był traktowane jako ryzyko zawodowe. Claudio Ranieri ostatnie przygody z calcio kończył poważnym kacem. Zuchwały triumf w Premier League z pewnością wynagrodził długoletnią posuchę. Hartowani z biegiem lat co raz częściej godzący się na mniej prestiżowe posady by kolejny raz o sobie przypomnieć. Casus Otto Rehhagela potwierdza, że nawet z piłkarskich zaświatów można wrócić w glorii chwały, a czyściec na peryferiach wielkiej piłki działa trzeźwiąco.

Ktoś powie, że starsze pokolenie miało łatwiej. Dziennikarze nie zwalniali ich po pierwszej porażce i bez social media wokół klubu było spokojniej. Błąd. Fotel trenerski na Camp Nou lub Santiago Bernabeu parzył za czasów Juppa Heynckesa, jak i parzy dzisiaj Luisa Enrique. Frank Rijkaard na „jedynce” popularnego dziennika wyglądający z sedesu miał równie pod górkę jak pozbawiany warsztatu i dokonań trenerskich Benitez. W tej branży porażki są jak przeszłość kryminalna. Nawet jeśli przejdzie się przez nie z podniesioną głową to recydywa nie wybaczy jakiegokolwiek błędu. „Jak Cie widzą tak malują”- gorzej, że krótkowzroczność dosięgła tak wielu.


Na ławce trenerskiej z człowieka potrafi wyjść wszystko co najgorsze. Na bok odchodzi wszelka kindersztuba, czarowanie rzeczywistości, pokerface lub wytonowane zabiegi auto-obrony. Trapattoni odpalający fajerwerki na konferencji FC Hollywood, z bladą twarzą znoszący piekło Istambułu Ancelotti lub wypompowany z życia po finale Mundialu Radymond Domenech. Niejeden Capello dzierżył balast wypatrzony oczekiwań. Nad ambicja całego środowiska ma swoje ujście na ławce trenerskiej. Wyrzucić kilku piłkarzy czy zwolnić jednego gościa? Logika działania obecna niemal pod każdą szerokością geograficzną.


Obwinianie hieny w postaci czwartej władzy lub niepohamowanej szydery ludu byłoby pójściem na skróty. Szukałem wspólnego mianownika i chyba go znalazłem. Nowotwór ambicji i próżności zjada tych ludzi. Nikt nie lubi przegrywać, tym bardziej gdy prowadzi się jeden z największych klubów globu. Dziś sezon bez mistrzostwa bądź spektakularnej kampanii w europejskich pucharach wieńczy zwolnieniem miejsca dla następcy. Za kilka lat, trenerów z karierą zbliżoną do Sir Alexa Fergusona bądź Guusa Hiddinka będziemy szukać ze świecą. Przetrwają nieliczni, z bogatym bagażem osieroconych klubów, żelazną psychiką i twardymi „czterema literami”.

Pracoholizm ma grząski grunt. Z trudem wychodzi się z nieudanych misji, a sukcesy szybko przemijają. Parszywy głód strawi nawet najpiękniejszą pasję. Po zaokrąglonych twarzach rodzimych trenerów widzę, że na Polskich kartofliskach wcale nie jest tak źle. Zwalniają, to będą też zatrudniać, a w razie czego na pocieszenie czeka whisky. Nie gdy jesteś na ten ekskluzywnej liście zarezerwowanej dla topowych klubów. Bo albo z niej wypadniesz albo zabraknie Ci sił na kolejną próbę. Każdy ma swoje granice, a nadludzkość upada wraz z magią nazwiska. Nie łatwy to zawód tym bardziej gdy wszyscy chcą za Ciebie ustalać skład i lepiej znają się na Twojej robocie. Więc, jak żyć Panie Trenerze?!


Fino Alla Fine
Forza Juve


sobota, 21 stycznia 2017

Gdzie biznes wygrywa z tradycją.

Przywiązanie- to jedno z pierwszych skojarzeń jakie mam w głowie identyfikując termin „klub”. Dodając do tego kolejne wartości jak: historia, wspólnota, pasja itp. mam to czego nie potrafię opisać. Najwidoczniej w Turynie odnaleźli zupełnie inną definicję klubu, wyzbytej takich elementów jak: herb, tradycja i stałość. Poza tym, włodarze Juve nie lubią słowa „cisza”. Jeszcze nie opadł kurz po niedzielnej porażce z Violą a Stara Dama ponownie znalazła się na tapecie. Pierwszy hejt na Andreę Agnelli`ego mam za sobą i w danej sytuacji przyszedł mi z łatwością. Logo, bo herbem nijak tego nazwać nie można zjednoczyło kibiców bianconerich. Jeśli takie było założenie, a zerwanie z konserwatyzmem rodu Agnellich to tylko efekt uboczny to szczerze gratuluje. Dawno nie byliśmy obiektem drwin świata piłkarskiego i nie tylko. Grunt to być na czasie i wiedzieć co jest „trendy”. Nawet jeśli moda przeminie.

Poza wcześniej wspomnianym zjednoczeniem włodarzom Starej Damy udało się jeszcze jedno. Już dawno Juventus nie pojawiał się w każdym zakątku internetu. Nawet osoby obcujące z piłką jedynie podczas globalnych rozgrywek przechwyciły przekaz z Turynu. Ze świecą szukać sympatyków nowego loga Starej Damy. Wprawdzie, zachwytów nad projektem nie kryją sami zawodnicy Juve ale czy ktoś nie pochwali nowego krawatu szefa nawet jeśli nie oczekuje podwyżki bądź rzeczony zwis kipi tandetą? "Juventus nigdy nie bał się robić tego, na co inni się jeszcze nie odważyli."- wypalił niczym wezwany do odpowiedzi przy tablicy Buffon. Krok dalej poszedł Nedved: „Kocham nowe logo”. Uroczo. Miłość jak do nowej kochanki zanim ta nie poprosi o dostęp do konta i wparuje z impetem w życie prywatne.

Trzeba jakoś zarabiać. Wzrost akcji klubu o 4% i wzmożony ruch w klubowym store cieszy księgowych. Założenia projektu okazały się słuszne. Prostota która przykuwa uwagę i zapada w pamięci. Minimalizm który może skutecznie zaistnieć w komercyjnej działalności. Stylowo prawie jak u Michaela Korsa. Dwie barwy z wpisaną symboliką mają nieść przekaz wykraczający poza świat piłki nożnej. Główny sprawca zamętu- Manfredi Ricca twierdzi, że kluczową symboliką jest wiadomość o zakorzenienie Juve w calcio. Wzmacnianie swojej obecności w sferze biznesu, krzewienie tożsamości i przekazanie postronnym, że Juventus jest kochaną marką. Brzmi pięknie, ale odrzucając górnolotność i nadmuchaną ideologię społeczność bianconeri odarto z owej tożsamości. Miłości w tym nie widzę, ale rzekomo z czasem mam do niej dorosnąć. Co żona na to?

Podobno jesteśmy pionierami, a wyznaczony trend wkrótce powielą rossoneri. „Kuleczka” Milanu wygląda apetycznie kiedy na talerzu mamy spaghetti i mięsny owal byłby idealnym uzupełnieniem dania na Instagram. Nasze „łyżwy” emanują chłodem. Daleko im do ciepła miłości. Ba, na razie ciężko wydobyć z nich jakikolwiek uczucia poza żalem. Herb obowiązujący od 2004 roku do minionego poniedziałku zawierał całe dziedzictwo historii klubu, związany również z miastem był wartością dodatnią do nazwy klubu wyzbytej Turynu. Zebra nadal była znakiem rozpoznawczym, a owalny kształt nawiązywał do klasyki. Awangarda jaką zgotował nam Agnelli nijak się ma do wcześniejszej symboliki. 
 
Świat idzie naprzód, niewykluczone, że kluby piłkarskie podążą drogą NBA a zmiana loga, wróć herbu będzie cyklicznym odświeżeniem niemal jak zmiana trykotu na nowy sezon. Nie miałbym nic przeciwko by Agnelli swoją idee wcieli w Fiacie. Zbyt kolorowe, nieco pretensjonalne, a i w pamięć nie zapada. Oral Pereza wobec wschodnich fanów i inwestorów pokazuje, że świętości już dawno zostały obalone. Semiotyka klubów piłkarskich to dobry temat na pracę magisterską ale nie na eksperymenty. „Stare logo” powróciło na stronę klubową, podobnie jak na profile społecznościowe. Świadomość błędu lub reakcja na nastroje kibiców, w Turynie poczuli, że naruszono pewną strefę, a patowej sytuacji za bardzo nie ma jak odkręcić skoro zwołało się dziesiątki celebrytów i zaprezentowano koncepcję loga na przyszłorocznych koszulkach. Jedynie widok Emily Ratajkowski na tle „nowej Starej Damy” ratuje sytuacje.

Logo czy jak ktoś woli herb jako znak niewerbalny jest formą komunikacji. Oto szefowie Juve mówią nam: jesteśmy nowocześni, idziemy z duchem czasu, potrafimy odpowiedzieć na zapotrzebowanie rynku, jesteśmy w symbiozie ze światem biznesu. Podobno w tym wszystkim tkwi styl życia którego wizualizacji władzę klubu szukały od roku. Nazwa „Juventus” wywodzi się od łacińskiego słowa oznaczającego młodość, której nie dostrzegam. Logo zrobione dla ludzi nie znających Juventusu jest niczym małżeństwo z tą trzecią nazywaną „koleżanką”.

Pytanie czy w koncepcji klubu nadal jest kibic? Kibic który z klubem jest na co dzień i dorastał w przynależności do symbolu z którym się identyfikował. Jako człowiek biznesu Agnelli zna potrzeby rynku, właściwe określa swój target, potrafi reagować na zapotrzebowania i właściwe dobrać narzędzia. Nie sądzę by Gianni bądź Giovanni Agnelli ze spokojem respektowaliby rozbrat z historią. Kampanie marketingowe Juve robią wrażenie, analizy SWOT również trafiają w dziesiątkę. Jednak jako kibic nie obchodzą mnie jakiekolwiek brandy, logotypy, ingerencja w popkulturę lub kreowanie nowej tożsamości. Mam swój Juventus którego nowe logo nie zawiera.
Powyżej jedyne "logo"/herb Juventus F.C.

Fino Alla Fine
Forza Juve