środa, 7 czerwca 2017

I żyli (długo? i ) szczęśliwie...


Witany był chłodno, jakby odbieram komuś należyte miejsce lub nie posiadał argumentów, by obronić stanowiska. Bo z Milanu, bo wyleciał jak z procy,  bo nie nazywa się Antonio Conte i dla środowiska Juventinich obcy jak pasażer Nostromo. Miał być strażakiem Samem, broń Boże psują, a prostownikiem dużej skuteczności, zrzuconym jak Rambo w środek sytuacji kryzysowej, do pozamiatania i posprzątania pasował jak ulał. Niechciany jak nakład ostatniego albumu R.Kelly, jednak jak mus to mus. Rozstania niemal zawsze są bolesne, ale, że tego Antka tak puścili? Z miejsca wypaliły media- trener rozmawiał z władzami, żegna się- kwestie organizacyjne były kluczowe. Ten to złamał serce, miał być lokalnym SIR Alexem Fergusonem, wypisz, wymaluj Personal Jesus, a tu Don`t look back angry Oasis zawodzi grajek na rogu Piazza San Carlo . Mało kto widział w jasnych barwach związek Państwa Allegri i Starej Damy, obędzie się bez potomstwa i rozpadem pożycia bez orzeczenia o winie. Jak uczą latynoskie telenowele, nawet mezalians ma prawo bytu, to i zamiast powrotu na rynek singli, w lipcu skórzaną rocznicę okrasi kolejny prezent lojalnościowy w postaci jakiegoś Balde Kiety lub innego Douglasa. Zwał jak zwał, ten związek przeszedł swoje i miewał trudne chwile, ale lepszej partii dla obu stron trudno dostrzec.

Każdy kto tu wpada może poczuć się jak na zapleczu redakcji Tuttosport. Kościół Juve pod wezwaniem Allegriego, sympatia ponad normę, szacunek proporcjonalny do pozycji w świecie calcio. Kult jaśnie wielmożnie panującego nam trenera rodził się w bólach. Świętość wodzi po ciemnych zakamarkach, wystawia na próby i depcze racjonalizm faktów. Od gościa, który początek swojej przygody zainaugurował cudzym ustawieniem nie spodziewałem się czegokolwiek więcej jak obrony stanu zastanego. Włoska robota A.D. 2014 była o kilka obrotów wolniejsza, duet Rzymsko-Neapolitański krokiem chwiejnym , mocny był jedynie w medialnych ustawkach, Starą Damę nudziła zabawa w ciasnej piaskownicy. Liga to za mało, ale na europejski tour, to możemy się wybrać jedynie na wycieczkę. Conte chciał pakietu all inclusive, Allegri zadowolił sie paluszkami z colą, pierwszy bronił kontynentalnej posuchy pustym magazynkiem, drugi nie ukrywał, że trzeba lubić to co się ma, a na lepszy surowiec trzeba sobie zapracować.

Od porównań dokonań nie uciekniemy. Obaj spędzili na J-Stadium równo po 3 sezony, obaj ze skutecznością 100% kończyli walkę o Scudetto. Ten z Lecce, w historii Juve ma już swój monument, w dodatku swój człowiek, postawił kamień milowy pod nowe Juve, zastał drewniane, pozostawił ze średnim przebiegiem i niezłą karoserią. Przeciętny bilans w pucharach, ale zgodny z tym co fabryka dała i stagnacja zatwardziałej myśli trenerskiej. Po stronie minusów widnieją również liczne fochy i inne doznania, tak zwanej specyfiki pracy z byłym graczem Starej Damy. Niegdyś najemnik, dziś niepodlegający dyskusji spec od wykorzystywania do maksimum tego co Bozia dała, do standardowych wymagań dorzucił coroczne Coppa Italia i dwa finały Ligi Mistrzów. Nie tak charyzmatyczny, lecz równie barwny, mniej lubiany przez piłkarzy, za to u włodarzy człowiek do dogadania się. Jednego szaleńca zastąpił drugi, dużo groźniejszy bo schowany pod płaszczem uczelnianego nerda, zwykłego WFisty, faceta przyziemnego i pasującego do uporządkowanego Turynu.

Portret osobliwości wbrew pozorom podkreśla podobieństwo, gdy Conte jest jak Pitbull, dla właściciela groźniejszy, niż dla obcego bo pozornie udobruchany, da się pogłaskać i zagryzie każdego intruza, Max przypomina socjopatyczną odmianę włóczykija z krainy deszczowców. Niewielka iskra odpala pocisk atomowy, od Bonucci gate, do specyficznych relacji z Dybalą. Jak się kłócić to po włosku, z pasją, wigorem i domniemanym balastem ostateczności. Powiedzieć, że Allegri jest osobą chwieją to jak nic nie powiedzieć. Ma swoje zdanie, niepodważalne, wierzy głównie w siebie i potrafi rozgrywać sezon na kilku płaszczyznach. To wreszcie osoba, która minimalizmem zamąci każdy umysł, by zrealizować swoje. Do jednego worka z Conte trafia nie tyle przez wspólny mianownik Juve, a doktrynalne podejście do obowiązków. Obaj wielbią kult ciężkiej pracy, bycie częścią temu, gdzie nadgwiazdy lądują na oucie, a także realizacje taktycznej misji i świadomość, że tylko zwycięstwo pozwoli zasnąć. Dróg do osiągnięcia celu jest w brud, obecny coach Chelsea kroczył swoimi ścieżkami, wydeptanymi jak po pielgrzymce do Częstochowy, unikając przydrożnych zakątków i alternatywnych skrótów. Początkowo jego następca ruszył tą samą trasą, czasu na szukanie innych opcji nie było, a w pole wybrać to się może jakiś De Boer. Zanim do słownika rodzonego Livorczyka trafiły terminy "rotacja", "rozbicie BBC" lub "nowe ustawienie", Juve było zawieszone w czasie. Prawdziwy Allegri wyskoczył, gdy stołek parzył, a okręt szedł na dno, gdy wyjście ze strefy komfortu oznaczało trenerski doktorat i wreszcie pracę na własne nazwisko.

Mam wrażenie, że środowisko Bianconerich podzieliło się na dwa obozy- wspierającego obecnego, bądź poprzedniego trenera 35-krotnego mistrza Włoch. Licytacja kto jest lepszym trenerem, kto miał trudniej i co by było, gdyby Conte doczekał lepszych czasów. Jakby to Allegri nie ugrał w pierwszym sezonie drugie tyle, tym samym składem. Bez tegorocznej Ligi Mistrzów nie byłoby tego tekstu, nowej umowy i sowitej pozycji w klubie- być może najsilniejszej w piłce klubowej. Krajowe podwórko przejechane od niechcenia, na drugim biegu, z urzędową rutyną, bez wskakiwania na najwyższe obroty, wszystko podporządkowane jednej karcie, bo Włochy to już za mało. Tym bardziej, że odcinanie kuponów powoli przechodzi bez echa, mało komu smakuje kolejne scudetto, gdy w poza Italią posucha trwa od dwóch dekad. Nastroje były wygórowane- co najmniej półfinał, a jak się da to najlepsza dwójka zbilansowałaby budżet i nieco uspokoiła oczekiwania. Nawałkowa tendencja- unikanie jasnej deklaracji, również nie pompowało balonika. Raz od czasu przewijający się temat ostatecznego triumfu szybko był potwierdzany, by wrócić do szarej codzienności. Allegri miał przejść poważną próbę, czy na elitę trenerską już gotowy, czy na transfer do Anglii wiedzy nie brakuje. Ten jednak, aż do finału pokonywał każdą przeszkodę z wrodzonym spokojem, w Cardiff mur sprowadził na ziemię, mówi się trudno i jedzie dalej. Gdyby na miejscu Allegriego był jego poprzednik mielibyśmy zmianę trenera, trzask strzelających drzwi i kilka ciekawych wywiadów. O taką stabilizację zabiegał Agnelli zatrudniając w 2011roku trenera z bladym CV, rok w rok dokonującego stałego progresu i mający jasny plan na przyszłość. O ile Conte był konkretny w swych oczekiwaniach, to brakowało mu cierpliwości, namiastki dojrzałej świadomość, lub determinacji, że jednak warto spróbować z tym co się ma. Efekt jest taki, ze to Allegri przebija poprzednika, subtelnie osiągnął lepszą pozycję zyskując większą władzę, wachlarz bezpieczeństwa i miejsce podporządkowane pod wyznaczony cel.

Nową umowę traktuje jako subtelny znak aprobaty. Takie formalne poklepanie po plecach i wypowiedzenie tego co się myśli, by wątrobie było lżej, a pokusy traciły na powabie. Obie strony spokojnie mogą skupić się na przygotowaniach do nowego sezonu, trener nie musi pilnie uczyć się angielskiego i specyfiki nowej ligi, a Marotta i pozostała część sfory z czystym sumieniem odpuszczają Spallettiego. I tak był ryzykowny, pomimo najsilniejszej pozycji w gronie potencjalnych następców. Podwyżka rzecz naturalna, gdy spełnia się kolejne celę i notuje wyniki ponad stan, tu dokumentacja pozycji wiedzie prym. Allegri pogonił Arsenal i prawdopodobnie Barcelonę, osiągnął co osiągnął, w rewanżu zarząd uziemia każdego zbuntowanego wyrobnika, robi transfery pod zachciewanki, być może odstrzela Bonucciego. Cena stabilizacji, lub zatrzymania czołowego trenera świata. Okazało się, że można bez podstawienia pod ścianą dojść do konsensusu i równowagi pomiędzy dwoma despotycznymi tworami. Ale, że tak ma to wyglądać?
Kontrakty w świecie sportu są jak bliska krewna paktów o nieagresji, terminowość jest drugorzędna. Liczy się to co jest teraz, dopóki obu członkom wspólnoty interesów jest na rękę wspólna podróż,  zapiski w umowie są aktualne. Intencjonalność Starej Damy zdążyła już raz uratować głowę Allegriego, zbierając żniwa cierpliwej natury częściowo opłaca dalszy pobyt byłego trenera Milanu. Być może Allegriemu łatwiej było odrzucać lukratywne oferty z Paryża, lub te sportowo intrygujące, mając spokojny zakątek, prawo do zdeptania zbuntowanych i sięgnięcia po wyśniony, brakujący element. Śmiem twierdzić, że lepszego miejsca jak J-Stadium Max nie znajdzie. W głowie perfekcjonisty, uzależnionego od sukcesu, noszącego tenże głowę dumnie jakby czuł się lepszy od kolegów po fachu nie ma marginesu błędu, miejsca na akceptację ograniczeń, bądź dzielenie się tortem. W tym przypadku staje się bliźniaczo podobnym do samego Juventusu, gdzie hegemonia jest jasnym przesłaniem. Skoro Allegri planuje najbliższe sezony spędzić stricte intensywne, to na J-Stadium, wróć Allianz Stadium zakończy swą przygodę z ławką trenerską. Wątpliwe, zważywszy na wygłodniałe podejście do tematu i łatwość wpadania w niekontrolowane szaleństwo. Bomba tyka i choć związek Allegriego ze Starą Damą wychodzi na dobre dla obu stron, to próba czasu pozamiata po kątach nawet najbardziej dobrotliwe układy. Do wygrania pozostała sama Liga Mistrzów i to od realizacji tego celu, a nie kontraktowych zapisów zależy czas pobytu Allegriego w szeregach Starej Damy. Póki co, cieszmy się sielanką, nigdy nie wiesz co krwista natura przekuje w rzeczywistość...


 Fino Alla Fine
Forza Juve

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Czekając, aż pęknie szklany sufit

Prawdziwą brutalnością tego świata jest prostolinijny podział, ten najbardziej oczywisty, a zarazem naturalny. Wygrani i pokonani- ktoś u góry, ktoś na dole, ktoś opłakujący rany, ktoś ekstazą rażony. Truizm doświadczalny od narodzin, aż do sądu ostatecznego, gdzie nomen omen- również podział zero-jedynkowy. Boska koncepcja świata, z góry zakładała feudalny charakter, o zgrozo- pedagodzy od wychowania bezstresowego właśnie wyciągnęli czarnego kota z worku. Mimo wszystko, to banalny system. Choć każdy dąży do autonomii i status quo, ktoś musi być Juventusem, a ktoś wiecznie drugą AS Romą. To, że łaska Pańska na pstrym koniu jeździ, to i Juventus czasami bywa na przeciwnym biegunie. Rzecz godna odnotowania, gdy tyczy się rozgrywek najbliższych idei Stwórcy, wynik batalii niemal przewidywalny. Klątwa, szklany sufit, pokraczna mantra? Nie wiem, ja tam tylko w sobotę widziałem zderzenie ze ścianą. Może i Real był wielki, ale Juve uległo dużo poważniejszej cholerze- przeznaczeniu.

Człowiekiem targają dwie skrajności- serce i rozum. Przeciwstawne i podające się różnym regułom. Jedno słucha rzadko wiarygodnej wiary, idei prześcigających rzeczywistość lub wychodzących poza racjonalną optykę. Drugie widzi prosty układ pomiędzy skąpym faktem, a nadbudową. Jest proces przyczynowo-skutkowy i jego następstwa, prosta koncepcja cepa. Swoiste rozdwojenie jaźni, raz banalna lekkość bytu krzepi naiwne zwierciadło marzeń, by następnie polec w prostackim bilansie suchego doświadczenia. Pesymista, czy realista- modus operandi ten sam, sufler podpowiada, człowiek wielkie mądrości przepowiada. W teorii nie ma czegoś takiego jak obiektywizm, nawet, gdy założenia dalekie są od auto-promocji własnych priorytetów, opierają się na myśleniu zgodnym z zgromadzoną wiedzą. To jak tresura zatwardziałego żołnierza by rozdawał kwiatki zamiast pocisków. Prędzej No pasaran, niż Viva la vida. Zależne od naszego tak lub nie, nawet jeśli przebierzemy podporządkowanego koncepcje w cudze myśli, dla niepoznaki neutralności, wcześniej, czy później ZONK wyskoczy. Że jesteśmy stworzeni na Boskie podobieństwo, to i wiadome konotacje z wcześniej przytoczonym porządkiem nie powinny budzić zastrzeżeń. Że pęd do bycia na szczycie- jest głównym motorem napędowym ludzkości, od najbardziej przyziemnych sfer życia do tej regulującej jej egzystencję- wiadome. Kwestia determinująca wszystko co nas otacza, serce chce, mózg podpowiada, gdzieś w tym wszystkim tkwi siła napędzająca całą zabawę. Talent, możliwości, środki, warunki, i inne pierdoły.

To nie tak, że nastała Apokalipsa, runął naturalny porządek świata, obalono równowagę w przyrodzie lub rozgrabiono ze cnot ostatnich prawych naszych czasów. Zaledwie jeden mecz, a ile mądrości napłynęło z ostatnim gwizdkiem. To narastające przekonanie, że tak musiało być i żadne zdrowaśki nie pomogą. Oczywiście uświadomione po fakcie, jakby przez miesiące zalegało na końcu języka i czekało na odpowiedni moment. By za pięć dwunasta upokorzyć i dorzucić do pieca koło ratunkowe- winna nieprawości, ktoś złamał zasady. W zasadzie, kłamstwo było głównym przyjacielem przez ostatnie tygodnie każdego z Was, wróć- każdego z Nas. Pozornie ukryte pod terminem- reali boiskowych i własnych obserwacji. Jednak każdy spijał śmietankę złudnej Fatamorgany. Kto nie rozgrywał w podświadomości tego finału na różne sposoby, niemal zawsze przypisując wynik z gwarantowany happy endem lub jego zarysem, niech pierwszy rzuci kamień. Z każdy kolejnym pokonanym szczeblem, powrotem potwierdzającym ugruntowane już przekonanie- wygrają to. Od fazy grupowej, aż do ostatniej soboty, wewnętrzny marketingowiec miał sporo do roboty. Przekaz medialny, wycinek informacji, krótki zapis meczu, niby bez większych pretensji, nieśmiało zakładający słodki miesiąc miodowy. Mózg zastawia pułapki niczym saper, precyzyjnie, wpisując się w schemat myślenia i utwierdzonych wartości. Z meczu na mecz, aż rybka połknęła haczyk...

Nie będę świętszy od Papieża, również brodziłem po kolana w tej przyjemnej nadziei. Lata czekania, skuteczna gra, płynące zewsząd głosy pochwały. Znaki na niebie i ziemie wskazywały kres bolesnej serii przegranych finałów. Czasem umykały słabsze momenty, jak ten z Romą, gdy brakowało gazu, a reakcji na kolejny knockdown brakowało. Nawet świadomość wielkości Królewskich, potęgi ostatnich miesięcy Ronaldo i dla przeciwwagi posuchy Higuaina w finałach przechodziła bez echa. Najlepsza defensywa globu, maszyna zdeterminowana na konkretny cel, to był plan ułożony pod ten dzień. Skrupulatnie budowana forma, oszczędność sił i trzymanie liderów w gotowości. A Real? Podeszli do finału pewni swego, bo finały się wygrywa, nie rozgrywa. Gdy na ogół po końcowym gwizdku wznosisz ręce do góry masz pewną przewagę. Dla Starej Damy finały to temat tabu. Statystycznie po Puchar Europy sięgali 2 razy na 9 podejść. Niechlubny rekordzista z mizernym wynikiem skuteczności. Mądry bloger po fakcie, ale i balonika nie pompowałem.
Mozaika zmiennych skłaniała do optymizmu, to już wiemy. Nawet świeżo po finale broniłem przekonania, że prawo do wiary w ostateczny triumf nie było szaleństwem. Brutalnie zdeptani? Nie sądzę, za jednego z głównych winowajców obarczono stan kadrowy. Zidane posyła na bocznice Garentha Bale`a, na kompletny out- Jamesa Rodrigueza. Komfort bogactwa, o którym Allegri mógł tylko pomarzyć. O ile Francuz mógł postraszyć wcześniej wspominanym Walijczykiem, znanym i lubianym w Turynie Moratą, lub Marco Asensio, nerwus z Livorno jedynie Cuadrado miał w rękawie. Marny argument, gdy chcesz zostać najlepszą drużyną kontynentu, a na drodze staje obrońca tytułu. Kolejna sierota klęski tkwi w pustych zbiornikach. Po pierwszej połowie zasługujący na pochlebne słowa, w drugiej gubiący cień rywala, egzekucja była w zasadzie pewna. Plan B nie zafunkcjonował, lub patrz punkt wcześniej było już za późno. Wisienka na torcie w postaci gwiazd- pełna pula dla kolegów z Hiszpanii. Zarówno Dybla jak Pipita  nie udźwignęli tematu, pierwszy gasł z każdą minutą, drugi również, choć w finałach wiadomo, że liczyć możemy na każdego poza Argentyńczykiem.
Dla Starej Damy każdy finał jawi się jako szansa dekady. Bywamy sporadycznie, wielkość krajowa i duma nakazują potwierdzenia hegemonii w warunkach globalnych. Można by zatem wysunąć problematyczny motyw- doświadczenie. Takiego Bonucci`ego, lub tym bardziej Dani Alves`a należy przywołać do tablicy, jak i połowę składu. Grono w okolicach 30tki, z życiorysami bogatymi w zwycięstwa i porażki, a podejście do sedna sprawy jakby połowę dokonań flesze zabrały. Zabrakło typowego Juve, grającego skromnie ale skutecznie, nie pchającego się w paszczę lwa, lecz czekającego na swój moment. Zawiodła głowa, zawiodło i serce, szarpiący Mandzukic poprawił wizualne wrażenia niczym mim na koncercie heavy metalowym. Gdzie spuszczone głowy kryły bezradność, Cuadrado dał się naciąć. Inni szukali inspiracji, czegoś co nie brali pod uwagę, lub w realiach Ekstraklasy prostackiej "gry na aferę", jednak jakie środki, taki efekt. Wynik sprawiedliwy, choć trzykrotnie usuwałem to zdanie. Skoro "szklany sufit", to i kres możliwości był przypisany. Silni, choć na ostatniej prostej trafiający na mur nie do przeskoczenia, kolejny raz trafiający na czas tego "innego". Dola niespełnionej bajki, bądź co bądź gloryfikująca wielkość Juve, które kochamy.
Widok rozbitego Gigiego Buffona zapiszę się grubszą nicią w historii futbolu, każdy ma swoją Golgotę. Będzie ona powracać, jeśli za rok podopieczni Allegriego finał spędzą w wygodnych kanapach, dopełniając przepowiednie o niespełnionym pokoleniu. Piłka nożna nie jest oderwaną od rzeczywistości zabawą dorosłych ludzi. Podlega tym samym prawom, co inne dziedziny życia. Powtarzalność, cykliczność, dominacja, ma swoje racjonalne podstawy, zarówno jak przełamanie złej passy nie spada z nieba, a jest wypadkową dziesiątek warunków. To jak wróżenie z fusów, poszukiwanie zaginionego skarbu, lub zgadywanie cudzych myśli. Zakładam, że doświadczamy efektu motyla, że kilka lat temu zasiano ziarno klęski, swoistą klątwę. Nie w ciemnych mocach, a w nienazwanych ograniczeniach widzę każdą kolejną porażkę. Bliskość ideału, to co najmniej jeden mecz za mało, co najmniej jedna za wysoka poprzeczka i jeden słabszy moment Juve. Wciąż za mało. Zarówno Monachium, Berlin, lub Cardiff dalekie były od bram nieba. Tych wyśnionych, ale jakże złudnych.


Fino Alla Fine
Forza Juve


czwartek, 1 czerwca 2017

Mercato -czyli, aby ludziom żyło się wygodnie i w dostatku

Nawet niewidomy dostrzeże pewną tendencję, letnie okna transferowe w wykonaniu Marotty i spółki przypominają efekt kuli śnieżnej. Niemal coroczne, podbicie sumy wydanych środków, lepsi piłkarze, z ładniejszymi żonami i bogatszymi rubrykami na Wikipedii, nie mówiąc o bardziej zuchwałych agentach. W drugą stronę, co najmniej jeden starter szukający szczęścia poza Italią zasmuca przeciętnego kibica Juve. Skoro ekspert od tanich i darmowych transferów przeszedł na stronę Mamony i nie boi się częściej zaglądać do portfela, to spodziewajmy się kolejnego przepychu. Na jednym Higuainie poprzestawać nie wypada(?), a nawet jeśli, to finaliście Ligi Mistrzów i krajowemu hegemonowi przysługuje nowy kucharz. Bo nawet, jeśli w karcie menu specjałów i delicji w dostatku, trochę szpanu nie zaszkodzi. By w Mediolanie nie poczuli się za pewnie, a ludziom żyło się lepiej, wygodnie i w dostatku. 

Lato jego mać- wolne wieczory, leniwe popołudnia, weekendy w plenerze i pustka jak po pierwszej miłości. "Ale by siadło takie Crotone z Pescarą" i posłuchałby człowiek opowieści o dziwactwach z Neapolu lub anegdot z tysiąca i jednej Kapicy. Jeden sezon się kończy, drugi zaczyna. Ten, gdzie pieniądz deprawuje i potęguje patologie, niczym diabeł mąci umysły i prowadzi do zepsutej Anglii. W prawdzie, jako kibic klubu, który wydał 90 mln na jednego piłkarza powinienem trzymać język na wodzy, ale grzeszek to sporadyczny i w pełni odpokutowany finałem. Mercato przestało być rynkiem piłkarskim w wąskim rozumowaniu. Nie tyle kupowanie piłkarzy, co nakręcanie mody na klub, kreowanie wizji, lokowanie produktów, demonstrowanie siły, budowanie brandu i gdzieś na końcu- dobro sportowe. Może kibice takiego Atlethic Bilbao mają wy...e na splendor biznesowej karuzeli. Target ściśle określony, plotkować jest ciężko. Ale Juventini, kromkę z masłem i wysuszonym salami wcina w towarzystwie Douglasa Costy, Balde Keity lub Patricka Schcika. Bo co to byłby za poranek bez kolejnej przymiarki na nowy sezon.

Blah, blah, blah, deal Pogby zrewolucjonizował zjawisko "wielkiego transferu". Wejście do popkultury było pretensjonalne, za to efektywne w skutkach, trollowanie wielopoziomowe popsuło PR Francuza na J-Stadium, jednak globalnie zyskał na statusie most wanted. Dla porównania, transfer Pipity przypominał angaż w urzędzie gminnym, trochę kontrowersji, lokalnych niesnasek i pokaz siły dla ludu. Nie odmawiam działaczom Starej Damy braku marketingowej smykałki, ale w tym przypadku biznes miał drugorzędne znaczenie. Marotta sięgnął po piłkarza, który robi różnicę, produkt reklamowy może słaby na tle Luisa Suareza lub Roberta Lewandowskiego, ale to dobry w swoim fachu. Powodów do pozyskania piłkarza jest sporo, a to zaprzyjaźniony agent chce wypromować przyszłe zera na koncie przed właściwym transferem i wepcha takiej Valencii jakiegoś Gomesa, to Felix Magath pomyli rzeczywistość z grą Monopoly. Inni kupują, bo nowe koszulki trzeba sprzedać, Anglicy bo kibice muszą odświeżyć swoje fantasy, Chińczycy bo ich stać, PSG bo ludzie znajomych ludzi mówili, że był dobry,  Wenger- żeby nie hejtowali za stagnację. Argumentów by przysporzyć pracę działu księgowości nigdy nie zabraknie.
Transfery wypełniły lukę emocjonalną, gdy słońce przygrzewa, a do startu rozgrywek dalej niż bliżej. Nie ma la zabawy, nie ma włoskiej roboty, są igrzyska tłustych sum. Dla niektórych udane mercato staje się wyznacznikiem całego sezonu. Panowie z niebiesko-czarne części Mediolanu piłkarsko wiele nie ugrali, ale za to jaki fajny ten Inter na papierze. Mistrz Europy Joao Mario, nowy Ronaldo-Gabigol, Antonio "prawilny kowboj" Candreva, nie ma co, paka na TOP3. Może i kolejne miesiące przyniosą kolejne perełki w diademie Chińskiego magnata. James Rodriguez, Angel Di Maria, Grzegorz Krychowiak. Powodzenia bracia i siostry, może to sprawi, że poczujecie jak smakuje prawdziwy triumf. Wprawdzie nie na boisku, ale zawsze ucieszy bardziej niż siódma lokata. Druga część stolicy Lombardii równie głodna w sukcesy, nawet jeśli opierają się na spasłym koncie właścicieli, liczy na udane lato. Ci jednak są bardziej chłonni jeśli chodzi o ilość, nawet Kessie z przekręconym licznikiem siadł z przyjemnością. Morata to już inny kaliber, pokazanie, że gorsi od Starej Damy to na pewno nie są. Tylko draki Donnarummy żal. A skoro Pan Raiola przywołany do tablicy, to warto przyznać mu miano jednej z najczęściej wymienianych osób w dyskusjach kibiców zbliżających się wakacji. Wpadka z robotą papierkową był niewielkim wypadkiem przy pracy, teraz na umowie wychowanka Milanu zmażę plamę. Żeby tym z Fify w głowach się nie poprzewracało.

Teoretycznie, każdy chce się wzmocnić, tym bardziej, gdy ambicję przechodzą ponad stan. Lotito wyprzedzając konkurencję, wierzy, że kolejny raz Lazio niezostanie rozkupione, Monchi tanim kosztem, by po latach odbić sobie z nawiązką. Akurat ten, będzie miał za co kupować. Salah, Nainggolan lub Manolas, można przebierać w ofertach i śrubować cenę. Nawet Włoskie Monaco i zakompleksiony sąsiad zza między czują bluesa, stracą mainstreamowe postacie, ale rekompensata ubytków poprawi nastroje. Zarówno transfery "in" i "out" mają swój smaczek. Za Hernanesem nikt nie płacze, za Vidala kieliszki były pełne, żal za przedterminowym i jeszcze mogącym Tevez już zabolał. Trochę jak z miłością, piłkarz niczym kochanka, dziś wierny, jutro obudzi się przy innym. Do natury piłkarza przyczepiać się nie warto, zeszłoroczni banici wyrównali stan zranionych uczuć. O ile Dybale nie przekręcą telefony z Madrytu, a Guardiola nie z molestuje Bonucciego i Alexa Sandro, szerokiego uśmiechu Beppe Marotty nic nie pozbawi.

Wierząc na słowo naszego guru, latem do Turynu trafi pomocnik z wielkim nazwiskiem. Nie chodzi o kapitaliki w pisowni lub nadmierną ilość spółgłosek. To ma być Higuain wśród pomocników, gwiazda pełną gębą. Takie oto zapowiedzi padły pod koniec grudnia, gdy Tolisso pojawiał się w plotkach, a temat Verrattiego był świeży i w miarę aktualny. Dziś pomocnika w Turynie za bardzo nie chcą. Dziwactwo Allegriego przewróciło do góry nogami priorytety Starej Damy, z ciasnoty ataku- "bo jest Pipita, Dybala, Mandzu, zdolny Pjaca" wyszła pusta ławka rezerwowych. Tu prasa ma pewniaków, Douglas Costa zdaniem Di Marzio- główna postać, jeśli chodzi o plany na wzmocnienie skrzydła, Bernardeshi- pupil Gigiego Buffona i punkt zapalny w relacjach z działaczami Violi, Balde Keita- niemal przyklepany przez Milan, rzekomo zdecydowany na transfer do Turynu. Podobno najbardziej realistyczne nazwiska i co najmniej jeden na Allianz Stadium jest pewny. Skrzydła Juve inspirują dziennikarzy, Angel Di Maria ma trafić po finale, L`Equipe widzi Thomasa Lemara, jak i najgłośniejsze nazwisko ostatnich miesięcy- Mbappe. Alko-gossip- inaczej tego nie widzę.

Hasło "Juventus" nie schodzi z rubryki plotek transferowych. Notowania zależne od chwilowego stanu umysłu, Szczęsny bliżej statusu następcy Buffona, przed Meretem i już prawdopodobnie przegranym tematem Donnarummy, w obronie De Sciglio przekreśla szansę na pozyskanie Contiego. W drugiej linii, zatłoczone coraz to bardziej fikuśnymi kandydaturami Juve wyraźnie straciło  na kilogramach. Plotek z Emre Canem lub  Milinkovicem-Savicem nie uświadczysz, hype Fabinho robi swoje, opcja godna pokusy- Leonardo Paredes brzmi jak deja vu. Wspólnym mianownikiem transferowych doniesień jest fakt, że Marotta uzupełnia skład pod obecne ustawienie. Zapowiedź gwiazdy w postaci pomocnika z najwyższej pułki trafiło do kosza. To skrzydła potrzebują świeżej krwi i zluzowania eksploatowanych liderów.  Jeden Schick to już sporo, young Ibra i w dodatku na skrzydle casus Mandzukica powieli, kolejni czekają na ostateczne "si" ze strony Starej Damy. Zarówno Balde Keita jak i Bernardeshi pasują jak ulał do układanki Allegriego, skrzydłowy Bayernu? Opcja najbardziej dostępna ale i ryzykowna, w Monachium tęsknić nie będą.
Być może istnieje alternatywna rzeczywistość, w której pocałunek herbu klubu po podpisaniu kontraktu oznacza jawną prostytucję, a piłkarze kierując się wyborem nowego pracodawcy w pierwszej kolejności biorą pod uwagę wielkość klubu, szacunek do kibiców, czy też ambicję czysto sportowe. Po Marottcie spodziewać się możemy niemal wszystkiego. Od uwiedzenia Insigne, po odbitego z rąk Paryżan Verrattiego. Ten ostatni równie realny, co transfer fana kunsztu Włoskich sędziów- Radja Nainggolan. Sezon ogórkowy dopiero się rozkręca. Kilka wymyślnych idei dopiero kiełkuje w przegrzanych redakcjach. Z przyziemnych tematów i w miarę wiarygodnych doniesień wyciągam margines czystko plotkarskiej schedy natury ludzkiej. Fantazjować lubi każdy, sek w tym, że moc sprawczą mają tylko nieliczni.


Fino Alla Fine
Forza Juve 

poniedziałek, 29 maja 2017

Voo Doo Lady

Ciao, ciao Scudetto- grzmiał wyrazisty nagłówek gazety, niczym zimna klepsydra nawołujący do żałobnej modlitwy. Requiem smutnych kolejek. Wszyscy mówili: Są na kolanach, krwawią bezradnością, rozbić nie tyle sportowo, co mentalne, z dna tabeli obserwują rozpędzone Napoli, zaraz nawet Liga Europy będzie poza zasięgiem. Goniąc duchy z Berlina szukają starej drogi, jakby na nowo identyfikowali pewien dziwnie znajomo brzmiący slogan. Jak apostołowie, dzielnie wierzący tifosi szukali zwiastowanego zbawienia. Ale, że nawet Sassuolo zadawało kolejne rany, to i następców świętego Piotra nie brakowało. Comeback z zaświatów funkcjonował w rozmiarach szaleństwa, herezji zaślepionych urokiem wielkiej miłości. Po wielkich miesiącach miodem i mlekiem płynących, Stara Dama utraciła serce, duszę, zmysły, pozostało ciało. Choć napędzane świeżą krwią, stawało opór tętniącemu życiu, jak gasnące światło w ciemnym tunelu. Podobno każda seria ma swój koniec, to i Juve zbliżało się do brzegu rzeki. A wiadomy, że aby odbić się od dna to trzeba najpierw spać na samo dno. 

Powrót do 2015 roku nie jest bez przyczyny. Wprawdzie zbieg okoliczność wyjątkowo ciekawy, lecz detale diametralnie inne. Primo, Juve na tle Hiszpańskiego giganta nie wygląda jak szaleniec nad przepaścią. Równie konkurencyjnie, a może i mające przewagę głodu totalnej Victorii. Recz dotyka konsekwencji lata 2015 i tego, co trzepot motyla nam przyniósł. Wybierzmy jakąkolwiek wielką drużynę ostatnich lat i wytnijmy najważniejsze organy. Zgon na miejscu pewny jak Amen w pacierzu. Może taki Bayern wybroniłby się  miejscem na podium, albo Barcelona łapiąc kontakt z czołówką jedynie iluzjonistycznie wybielając sumienie. Nikt jednak z sezonu okraszonego krajową dominacją i Europejskim podbojem, nie przeżył wymianę podstawowych narządów.  Nikt, poza Starą Damą....

W zasadzie lato 2015 było jedynie opłacaniem rachunku opaczności. Wymiana wiekowego tempomatu wisiała w powietrzu, taki Dybala również pojawia się raz na kilka lat. Odcinanie kuponów by za rok mierzyć się z tym samym problemem? W Mediolanie próbowali na raty, ale odsetki ich zjadły. Juve było spełnione w granicach możliwości. Niby kunszt Pirlo opierał się leciwej metryce, lecz co raz częściej zaciągał ręczny hamulec, brakowało opcji na lepsze jutro. Pogba jakby siedzący na walizkach, Morata wiszący, gdzieś pomiędzy Turynem, a Madrytem. Niemal w jednej chwili Juve przeszło wstecz o kilka lat. Tracąc mózg, stało się ogłupiałe i infantylne, tracąc serce przestało wierzyć w swoje credo, gubiąc kończyny utraciło płodność i środki na wybawienie. Bezradni, osowiali, chwilami wręcz durni. Surrealistyczny obraz przewijał się tygodniami. Od Udine po Frosinone, Allegri robił dobrą minę do złej gry, wyglądał jak Krzyś z filmu Psy- "Nie mam k...wa broni" zdawał się mówić, momentami trudnił się wskrzeszeniem Frankensteina. Niby daje oznaki życia, choć tętna brak. 

Tamten Juventus umarł, patenty Conte nie pasowały do tali kart, nowo obsadzone rolę długo szukały właściwej scenografii, a brak rotacji był niczym biała flaga, w zasadzie już miotając na wietrze. Kostucha czyhała w gabinecie włodarzy, "Allegri zostaje". Wiara na powtórkę z 2002 roku, lub świadomość, że gorzej być nie może. Transplantacja stała się faktem, nawet jeśli kosztem sezonu. W tym miejscu mógłby nadal bawić się w wspominki i pochwały nad Bianconeri. Powstali jak Feniks z popiołów, zjedli peleton bez rozpędu, nadal mało. Agnelli i spółka zburzyli i wybudowali na nowo, fundamenty bardziej solidne, mury jeszcze grubsze, surowiec jakościowo do przodu. Opcje długoterminowe, miały swoją rację bytu, nawet jeśli "na dziś" wydają się kredytem dużego ryzyka. W takim razie, wybory obiecujące, lecz z pewnością nieklarowne, Marotta, co skąpstwem mógłby konkurować ze Szkotem rozpoczął czas żniw. Było na bogato, Alex Sandro, Paulo Dybala, Mandzukic, Khedira, Cuadrado, syty zastrzyk, dziś nierozłączny element enklawy Allegriego. 

Założenie było proste, przejść jak najszybciej do rzeczywistości, co w Turynie oznacza walkę o Scudetto i solidną pozycję w Europie. I choć początki były opłakane, to do pełni realizacji założeń zabrakło kilku minut w Monachium. Swoisty kamień milowy pod tegoroczne Voyage, lekcja trzeźwego stąpania po  ziemi, że na Europę jeszcze trochę brakuje. Wypadkowa A.D. 2015 dla była Allegriego wyjściem z cienia, zrzuceniem balastu "następcy Conte". Na własny rachunek łatwiej było igrać z ogniem i iść pod prąd. W zasadzie z nową drużyną pokazał się jako trener docelowy, osoba z własną wizją, świadoma sytuacji, umiejętnie reagująca na boiskowe realia, co nie tylko pociągnie wóz, ale wymyśli nowy środek transportu. Kibice przestali się zastanawiać "Co by zrobił Conte?", Juve ewoluowało, kierunek powoli nabierał zarysu, choć wiadomo było, że zmierza we właściwym kierunku. Elastyczność raczkowała, jakby po roku miał "swoją" drużynę, zupełnie dostosowaną pod własne "ja", kreowaną niemal na zamówienie.  

W poszukiwaniu analogii pojawił się Dybala, nurt dobrze znany. Nie nowy Tevez, a Del Piero, inni dostrzegali młodego Baggio, to on wyleczy Juve z bezpłodności. Nowe serce zawieszone w sferze sacrum, trudne do klasyfikacji, lecz mające DNA Starej Damy. Cuadrado? Dopełni gorycz fantazji, lepsza wersja Llorente- Mandzukic napełni walką nawet gdy inni padną, bo inaczej nie potrafi, Khedira jak przystało na produkt made in Germany solidności nie poskąpi. Podwaliny pod drużynę ,gdy Pjanića i Higuaina nie było jeszcze na horyzoncie. Gdzieś w tym wszystkim brzegi rwała natura Juve. Wyrafinowana i cierpliwa, tego nie dało się zmienić, jak bestii nie oduczymy naturalnych pociągów, tak i Starej Damy nie pozbawimy estymy dojrzałego mistrza.

Pamięć bywa zgubna, liczy się to co jest teraz. W euforii dnia dzisiejszego łatwo zapomnieć o  chwilach, gdy Juve było bliżej do przeciętności, niż nieziemskiej pozycji. Wprawdzie nie widzę powtórki zabiegu po finale w Cardiff, zbyt solidnie stoi ta forteca, by ponownie legła choćby na "5 minut". Lato z przed 2 lat zahartowało Juve, niczym szlachetną stal gotową na kolejne bitwy, zbudowało pozycję wielkiego Allegriego, nauczyło żyć w nowych warunkach, oczyściło niczym wody Gangesu. Naturalna kolej, wymiana starszych podzespołów, rozwój zgodny z tendencją, bo kto stoi w miejscu cofa się. Wreszcie, zabieg wymiany podstawowych organów mógł albo zabić obecną dynastię, lub doprowadzić do kolejnych skalpów. Z pewnością, w każdym innym wielkim klubie skończyłoby się na opcji numer jeden, ale nie w Turynie.


Fino Alla Fine
Forza Juve 


środa, 24 maja 2017

Rotacja- trend przyszłego sezonu

Dojechać z formą na kluczowy moment- niby wiadomy cel każdego coacha, jakimi środkami- to już inna para kaloszy. Podobno wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, oszczędność sił, granie na drugim biegu, postawienie na jednego konia, rób ta, co chceta, byle wynik się zgadzał. Biorąc pod lupę finalistów tegorocznej edycji Ligi Mistrzów, widzimy fundamentalne postacie, największe diamenty, jakość gdziekolwiek spojrzymy, ale też mocniejsze i słabsze elementy układanki. Gdzieś, w drugim rzędzie stoją bohaterowie dalszego planu, scenariuszem mniej skrępowani, ale jakże cenni, gdy maraton odbiera prąd mięśniom, a kilometrów jakby przybywało. Zarówno Allegri jak i Zidane opowiedzieli się za pluralizmem, niech klub kokosa przejdzie do lamusa, rezerwa pozostanie terminem zarezerwowanym dla armii, wszyscy na pokład, bo każda para rąk, nóg potrzebna jak tlen.

Niema nadludzi,  ponad 50 spotkań w trakcie sezonu nikt nie obskoczy. Pretensję do UEFY, żyć jakoś trzeba, a problem nie pojawił się wczoraj. Na wąskie postrzeganie wyjściowej jedenastki mógł pozwolić sobie taki Antek Conte, liga plus krajowe puchary- easy, dadzą radę z palcem w tyłku. Z nerwusem pogadamy za mniej więcej rok, gdy rotacja jak i Liga Mistrzów nadal pozostaną zbyt wytwornym terminem. Horyzontalnego klimatu nie udźwignęło kilku dżentelmenów, Ancelotti, Spalletti, Luis Enrique. W mniejszym lub większym stopniu bardziej przywiązani do pierwszego wyboru, inni świadomi, że ławka rezerwowych niepowstała by chować wielkie talenty przed światem. Za słabi na pierwszy gwizdek, ale i takich potrzeba w każdym klubie. Abstrahując od powodów, wszyscy wymieni jak jeden mąż, polegli jeszcze w przedbiegach. Nieźli na jesień, zimą nawet, nawet, ale wiosna zabrała to co brało się na kredyt. Wypompowanym Bawarczykom zabrakło co najmniej kilku lat dla połowy wyjściowego składu, nawet Milan Lab byłby bezskuteczny. Tym razem długowieczność zabolała, Robben i Ribery przesiedli się z Audi R8 do Opla Corsy, mit świeżości prysł niczym gorący temperament Vidala. Carlito z niejednej piekarni jadał chleb, to i dywagacje o potrójnej koronie miały większe racje bytu niż w Turynie. Jednak, że paliwa starczyło zaledwie na połowę drogi, to i wystawiono szkolną tróję za pierwszy sezon na Allianz Arena. Nieco inaczej temat rotacji ugryzł Luis "rozstrzelamy Juve" Enrique. Ten to przejechał się na letnim udarze, miała być najsilniejsza kadra od lat, a tu kasztany mają dać drugi oddech Dumie Katalonii? Spal niby chciał mieszać, ale jeszcze wyżej w hierarchii widniała ligowa gonitwa. No i masz Ci los, nawet na Coppa Italia sił brakło.

Zajechać jednym sezonem potrafił Mourinho. Jego Chelsea połknęła Premier League bez przepitki, w kolejnym sezonie zgagę odczuwano do ostatniej kolejki. W Turynie celebrujemy 6 tytuł z rzędu, jedynie szóstka piłkarzy zaliczyła komplet sukcesów. Brak stabilizacji w kadrze? Nic bardziej mylnego, Marotta dba o krwiobieg niczym prof. Zbigniew Religa. Znudzonemu Vidalowi nie stawał na przeszkodzie, dla Pogby Stara Dama przestała być atrakcyjna, Morata powrócił na stare śmieci. Inni odeszli, gdy zegar tykał coraz głośniej, bądź hemoroidy dawał w wznak. W zasadzie, niema za kim tęsknić. Maskotka Padoin, maestro- etatowy Texas Ranger Pirlo, bądź krezus Tevez? Jakościowy ale i ilościowy level up. Juve dycha żelaznymi płucami, nie tyle przez wspomnianą jakość, a sposób jej użytkowania. Zarówno pierwszy i drugi garnitur, miał swoje minuty. Taki Sturaro pomimo nie wykorzystanej okazji grudniowych występów i licznego grona rywalizującego o grę nie zaliczył leniwej wiosny. Gdyby nie kontuzja Pjacy, tryb zmian byłby jeszcze bardziej okazały.
3 lata temu na Twitterze... 

Życie jak w Madrycie. W mistrzowskim sezonie pograli niemal wszyscy. Wkład w sukces solidarny, do bramki rywala trafiali prawie wszyscy piłkarze z pola (Contreao wyjątkiem). Nawet marudzący o małą liczbę minut James osiągnął double-double, świeżość gum Orbit może reklamować jedynie jakiś Fabio Contreao lub Ruben Yanez. Zidane odważnie zmieniał skład, dwie odmienne jedenastki na przestrzeni tygodnia, brak BBC choć to nie Copa del Rey- no problem. Pochwały za uświadomienie CR7 biegnącego czasu w pełni zasłużone, ale sadzanie na ławkę rozkapryszonych modnisiów to już wyższa szkoła jazdy. Ileż słowiańskich kr...w padało przy linii bocznej, gdy ruszano święte krowy? Ile razy czkawka mąciła spokój wielkiego Zizu? Naturalna różnica w cenie sukcesu pomiędzy wartością netto, a brutto. A więc wkład niedocenionej piechoty, powoływanej gdy kawaleria potrzebuje wsparcia lub brak chłopa do kompletu. W koszykówce miano "sixth man" bywa równie drogocenne, co status pewnego starter. Sęk w tym, że Panowie piłkarze rzadziej kierują się dobrem drużyny, czekać na swoją szansę mało kto chce, kariera zbyt krótka i ofert nie brak. Przeciętny rezerwowy ma swoje ambicje, takiego Krychowiaka być może cieszy, że może całą energię skupić na narzeczonej, ale dla Renato Sanchesa ostatni rok to czas stracony. Etykieta talentu z certyfikatem jakości Benfiki, możnowładny Jorge Mendes w roli Anioła Stróża i football w trybie siedzącym. Słabo.

Allegri polubił rotację już jakiś czas temu. W pierwszym sezonie nieśmiało, tak jak warunki na to pozwalały, w kolejnym konkurencyjność stała się faktem. Tegoroczna kampania to już szaleństwo w krainie konserwatyzmu, wyzwoleni od zmieników klasy B, z luksem wyboru i tego o czym mogą tylko śnić w całej Italii- każdą pozycją obsadzoną ponad limit. Początkowo przyjęty niechętnie przez kibiców patent nabrał na popularności. Na jednej nodze obskoczyli Barcelonę, ligę przeszli bezkolizyjnie, załatwili awans do finału CI, wszystko w gorącym okresie, gdy krajobraz sezonu zyskuje kontury, a barwy nabierają na intensywności. Baterii nie brakło na ostatnią prostą, nie trzeba było poświęcić jednego celu kosztem drugiego lub oblizywać ran resztkami sił. Efekt końcowy jest imponujący, do Cardiff ruszamy mając 66% zrealizowanych celów i siły na finalną batalię. Warto było chuchać i dmuchać na Dybale, cackać się z delikatnym Khedirą lub szykować wiekowego Dani Alvesa.

Nie ma przypadku, że pierwsza czerwcowa sobota wywoła emocję u kibiców najbardziej skąpych w siłach drużyn. Być może teoria Darwina wymaga korekty, nie najsilniejsi, a najbardziej oszczędni przetrwają? Cóż z potencjału MSN, skutecznego Lewego lub romantycznej księżniczki z Monako. Choć i jej przyszło odpuścić krajowe puchary na rzecz ligi i europejskiej przygody. Umówmy się, rotacja nie była kluczowym czynnikiem w obu przypadkach, lecz być może niezbędnym narzędziem. Jak leczenie profilaktyczne, dmuchanie na zimne, bo gdy mleko się rozleje będzie po zawodach. Podobno przytoczona metodyka przypadła do gustu szerszemu gronu. "Można mieć pole wyboru i zdrowy skład na majową końcówkę? Bomba, bierzemy to". Nawet zatwardziały w metodach Maurizio Sarri odkrył piękno szerokiej kadry. Rog, Zieliński, Hamsik, sezon długi, talentu nie zabraknie, tym bardziej, że estetyka pozostała. Moda na przyszły sezon i jak to z modą bywa, nie wszędzie zaistnieje. Messi obgryzający paznokcie, a obok pierwszy, lepszy koleś z La Masii, cierpliwie obserwujący konkurenta Cavani, z naturą się nie igra. Aby bawić się w managera pełną gębą trzeba mieć za skórą Sir Alexa Fergusona, niezłomnego na fochy dozorcę sił, dobrotliwego opiekuna, podejście chłodnego analityka, wyrafinowanego psychologa. Rzecz dla wybranych, może doprowadzić do szczytu lub owdowieć w połowie drogi. Chętnych do spróbowania nowego trendu z pewnością nie braknie.


Fino Alla Fine
Forza Juve



poniedziałek, 22 maja 2017

Giro Italia

Uwaga! Post dla ludzi ze sporym dystansem. Bongiorno! Zimny szampan, urodziwe hostessy, blask migotających fleszy, wrzask rozanielonej Victorii, to jak zdobycie monumentu, kroków niezliczonych iloczyn, suma pojedynczych składni, godność zbyt szeroka na ramę słów. Zresztą, w truizmach łatwo się utopić. Kto nie jest w stanie utrzymać koła Magia Rosa, ten nie godzien honorów wielkich tego świata. 37 etapów morderczego maratonu, ciężkie podjazdy, zuchwałe choć naiwne ucieczki, kilometry niezmordowanej pogoni, dziesiątki zmarnowanych szans na zgubienie lidera i finał zgodny z przewidywaniami. To były mordercze miesiące, czas próby i oddzielenie chłopców od mężczyzn. Że krew nie woda, to i więcej poległych od pozostałych. Peleton jest jak żywy organizm, tętni endorfiną, ma kończyny, prowadzi wewnętrzny dialog, kierują nim ludzkie popędy, dąży do realizacji podstawowej potrzeby, ma zepsutą naturę i zawsze żąda abdykacji tego wyklętego- bo przed szereg wystąpił. Zwycięstwo bowiem bywa jak więzienie, tytuł jak wyrok, są pewne standardy od, których nie wypada odchodzić, a oponentów wietrzących zamach stanu nigdy nie brakuje. Musimy do tego przywyknąć, bo kolejny rok gonitwy za króliczkiem zafundowała wataha Allegriego Półwyspowi Apenińskiemu.
Panowie z Eurosportu wybaczą zawładnięcie terminologi na potrzebę należytej interpretacji rzeczywistości. Dziś termin- Giro Italia traci na etosie kolarskiej damy na wydaniu. Nie Nairo Quintana, nie rekin Nibali, a Stara Dama dzierży koronę ziem Italii. Choć przed nami ostatni, etap przyjaźni i jednodniowy klasyk w Cardiff, to wisienka na torcie padła łupem temu, komu było to pisane. To co miśki lubią najbardziej, a więc podwórkowe przechwałki potwierdzone namacalnym argumentem. Nie ma "ale" lub "gdyby", tytuł przyznany, Romą jest Romą, Napoli ma jeszcze senną marę o scudetto dla ubogich, a Mediolan Chińskie marzenia, wiecie jak bywa z jakością produktów Państwa Środka... Wietrzono zmianę warty, że może ostatni sezon Tottiego będzie oklaskiwany niczym koloseum obarczone kciukiem w górę, że Sarri odkrywając nowego Maradone zaspokoi dumę Neapolitańczyków. W zasadzie, każdy kto poszukiwał nowego mistrza wodził w galaktyce naiwności. Brak tytułu Juve byłby patologią- stan chorobowy, w ogólniejszym znaczeniu nieprawidłowość. Jakość, doświadczenie, mentalność, solidność, pewność- do każdego z tych atrybutów można dopiąć po kilka przymiotników, a obraz będzie nadal niekompletny. To był team ponad stan, zdecydowanie za duży dla kogokolwiek kto nawinął się na drodze. Ale po kolei...

Z pierwszym etapem jasne było, że droga to długa i niełatwa. Obrońce tytułu dopaść chciał każdy, od dumnych choć zagubionych harcowników z Rzymu i nieśmiałych chłopaków z prowincji. Pech dał o sobie znać  w momencie błogiego rozluźnienia. Podjazd niewygodny choć łatwy gdy, rywal ze sporą stratą i w zasadzie przegrany w generalce, choć to dopiero początek. Coś jak Igor Anton na Vuelcie 2011. A jednak, niemal Boskie oblicze zakrwawiło, na ostatnich metrach szkolny błąd pogrążył faworyta. Był żal, wzmożony stan gotowości koalicji AntyJuve, to już czas- polegną jeszcze przed Królewskim etapem. Koszulka Magia Rosa nieco ciążyła, brakowało koncentracji, chwilami piknikowa aura mąciła głowy. "Przecież i tak to wygramy"- gdyby tak murawa J-Stadium przemówiła... Peleton miał prosty plan- kąsać kiedy tylko nadarzy się okazja. Grupetto bawiło się w najlepsze, połowa stawki przechodziła na wrogi front. Każdy chciał urwać koło faworytowi, mieć skalp w sportowym CV i status pogromcy "tego Juve"

Solidne uzupełnienie armii jakiego dokonał Marotta okazało się kluczowe w trakcie górskich etapów jak i tych "do dojechania z najlepszymi". Specjalista od czasówki- Juan "Kolumbijski Tony Martin" Cuadrado, ekspert od kasowania ucieczek Higuain, "holownik" Pjanić, weteran z Barcelony, początkowo ledwo trzymający tempo ekipy. Miał kto pchać, gdy zawodnicy Udine psuli plan lub ekipa Torino niweczyła założenia o łatwym odcinku. Pomimo Mocarskiej drużyny nadeszły słabsze etapy. Wymęczona na płaskim gonitwa z Chievo, typowa do zaliczenia i zapomnienia wędrówka do Palermo, w rodzimych stronach pewne pilnowanie przynosiło nadal profity. Słabszy dzień w Genoi, kontrowersyjny wieczór w Mediolanie, Magia Rosa weryfikowany każdego weekendu. Podczas gdy grupa pościgowa połączyła interesy goniąc wściekle, Stara Dama ruszyła jak po swoje. Królewskie etapy z Romą i Napoli położyły kłam na tezę o upadłym liderze. To były akcje na miarę kunsztu Marco Pantaniego, urywania rywali w stylu Froome`a, bądź zabójcza selekcja z najlepszych czasów Contadora. Przyspieszenie i za plecami pozostaje znikający punkt zapomnianych rywali. Klasyka najwybitniejszych, co w annałach pozostaną na wieki.

Pomimo grudniowego nokautu gonitwa trwała nadal. W peletonie niemal bez zmian, gonił ściśle określony komitet, grupetto dzielnie broniło czerwonej latarni, a lidera eskortowała silna grupa pomocników. Kraksa na etapie w Florencji kolejny raz wybudziła Juve z letargu. "Więcej wpadek oznacza utratę tytułu, to koniec błędów" i jak mówił, tak obiecał. Reaktywowany Chorwacki wojownik okazał się bezcennym wsparciem, skuteczny w odpieraniu ataków, groźny w wyprowadzaniu ofensywnych akcji. Niemal jak Sylwek Szmyd, gotów do tytanicznej pracy, czarnej roboty i obrony lidera. Po buncie przybocznego, na nowo w roli głównego motoru napędowego odnalazł się Paulo Dybala, a Juve wreszcie doczekało się własnego Estebana Chaveza. O pewną, a zarazem skuteczną jazdę zabiegał niezwyciężony Gigi Buffon, na czele z rasowymi rozprowadzającymi jak Chiellini, bądź Barzagli, okupował status mentalnego krezusa. Wielki team, to i wielkie napięcia, ciśnienia wieloetapowego pościgu nie mógł wytrzymać klasyczny wartownik, nie brakowało głosów sprzeciwu wobec dyrektora drużyny. Ten niczym biblijny Salamon, nie bojąc się trudnych decyzji rozdawał po swojemu karty, podobnie jak Bjern Rise wymyślił swój patent na wygranie Giro. W biało-czarnym pociągu tempo narzucał Bośniacki Spartakus, do wspinaczek swoje trzy grosze dorzucali weteran Dani Alves i solidny jak John Degenkolb Sami Khedira. Machina godna przodownictwa klasyfikacji generalnej i Magia Rosa,  nawet ostatnie podjazdy okazały się zbyt trywialne by obalić króla Giro.

Epicki finał, Vendetta ubogich i obrona ziem na dworze Cesarza. Jedynki LGDS zwiastowały ostateczne starcie, kilka morderczych batalii, które rozstrzygną dla kogo różowa koszulka przypadnie na dzień przed ostatnią prostą. Gdzieś w tym wszystkim zatracił się powab tej wędrówki, bo krajowe podwórko piękne, ale jakby darowane z niebios. Zmęczenie materiału, rozrzutne rozkojarzenie, topniejąca przewaga budziła apetyty rywali, Stara Dama na metę w Rzymie dotarła za głównym rywalem, potrzeba było dopięcia sukcesu na nieco pagórkowatym etapie u podnóża Piemontu. Ostatnia jazda na poważnie, tyle ile fabryka dała i było jak Pan Bóg przykazał. Kasowanie rywala, gdy tylko przyszło mu do głowy, że może zniweczyć 36 etapów, to była esencja prawdziwej drużyny. 90 minut niemal 1 do 1 przenoszące krajobraz całego sezonu, metafora "typowego Juve"- wyrafinowane, w pełni oddane, gdy morale są na swoim miejscu, z mocą nieskrępowaną jakimkolwiek ograniczeniem- nawet kolarskiego odpowiednika brak.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że jakikolwiek inny scenariusz miałby prawo bytu. Pogoń za króliczkiem- rzecz wzbogacająca życie, lecz równie dojmująca, gdy ograniczenia ciągną w dół. Recz w tym, że Juventus jest jak wino. Zyskuje na czasie, dojrzewa z każdym kolejnym sukcesem, idzie w symbiozie z aforyzmem- co Cie nie zabije, to Cie wzmocni i stale rośnie w siłę. Jest mało równie hegemonicznych zjawisk sportowych jak dynastia z Turynu. Każda seria kiedyś umiera, coś się kończy, coś się zaczyna, jednak moje średnio-stare kości podpowiadają, że jeszcze trochę siwych włosów przybędzie De Laurentiisowi zanim na mecie Juve dojedzie za plecami rywali.  



Fino Alla Fine
Forza Juve



czwartek, 18 maja 2017

Obcy kontra reszta świata

Z pewnością każdy z Was ma znajomego, któremu bliżej do zakładu psychiatrycznego niż gąszczu życia publicznego. Jak w You're in Love with a Psycho śpiewa lider grupy Kasabian, takich wariatów jak na lekarstwo. To ubarwią najbardziej toporny temat i jednym gestem udowodnią, że życie jest mezaliansem logiki z  człekokształtnym chochlikiem. Nieznośna lekkość bytu w świecie doktrynalnej Idylli, a może clue Boskiej charyzmy. I kto tu ma nierówno pod sufitem? Wyrwane z kontekstu linijki możemy podpinać do woli, takiemu białe może być i czarne lub zielone. Dla pragmatycznego marudera słaby to kompan. Tak więc, w prywatnym życiu Panie Dani Alien Alves raczej nie ten sam team, ale dopóki w tym szaleństwie jest metoda to proszę o więcej czynnika PSI w skrajnie logicznym Turynie.

Bramkarze i lewi obrońcy- to podobno najbardziej obsadzone pozycje przez rozbrykanych lekkoduchów. Może i w latach 90 tych, bo kilku samozwańczych Napoleonów jak Cassano lub Super Mario zweryfikowali teorię o kondycji psychicznej pozostałych kopaczy. A bohater dzisiejszych wypocin? Prawonożny nie bez przypadku. Podobno prawa półkula mózgu odpowiedzialna jest za kreatywność, myślenie abstrakcyjne, wyobraźnię, zdolności muzyczne, plastyczne i artystyczne, intuicję, zarządza percepcją przestrzenną, mimiką i emocjami- jednym słowem za artyzm, w tym konkretnym przypadku kompletnie niekontrolowany. W zasadzie Freud mógłby odkryć nowe schematy osobowości ,a Nietzsche nawróciłby się na życie i zapisał do Kościoła. Bo ten facet jest jak wirus, gdziekolwiek się pojawi tam prążkuje. Zagwozdka godna naukowej Ligi Mistrzów, co się znajduje w głowie 34-letniego Brazylijczyka. Tatuaże-piłka-słońce-siesta-piłka-siesta, zgaduje choć pewnie prędzej trafię szóstkę w dużym totku...

Wariata może zrozumieć jedynie drugi wariat, pochodzący z tej sam planety, nadający na podobnych falach, z rozczytanym anagramem, nawet jeśli to bełkot. A jeśli tak, to zaczynam się martwić o swoje zdrowie. Łapiąc kontakt mentalny, swoistą nić porozumienia czuje bluesa. Boisko, trening, parking przed marketem, ogródek, restauracja obrośnięta gwiazdkami Michelin, nieistotne- świat to wielka piaskownica, czasami zabawek brak lub ktoś psuje imprezę, ale generalnie sedno jest proste- fun. Świat widziany oczami Dani`ego ma więcej barw niż kreator Photoshopa i więcej euforii od szczeniaka labradora. Z podejściem prostolinijnym można uznać byłego gracza Blaugrany za klasyczny przykład dużego dzieciaka, taki hipsterski Piotruś Pań, co wie czym jest ciężka praca i talentu nieskąpi.

Po Brazylijczyku dewiza- Wiek to stan umysłu sprawdza się w praktyce. Podczas gdy rówieśnicy dogorywają grając ogony lub poznają egzotykę all inclusive, z dala od poważnej piłki, gracz Juve kipi wigorem. Grający niemal od dekady wszystko, aż do czerwcowego fajrantu nadal może uchodzić za żywą reklamę Duracell. Początki i zimowa aura sprzyjały opcji Szwajcarskiej, znacznie pewniejszej i na oliwionej w sprawnych trybikach machiny. Lichy zyskiwał równą formą i dzięki żołnierskiej estymie posłannika. Niby było ok, ale w sumie i tak inna para kaloszy pasowała jak ulał. Jak woda i ogień, totalne przeciwieństwo swojego konkurenta, Allegri zamienił polisę na akcję sporego ryzyka. Miało być bardziej intrygująco, takie ksero Alexa Sandro tylko na drugą nogę, bo ograniczony do przodu Szwajcar ręcznego zwolnić nie potrafił, choć od czasu do czasu crossy potrafił zaadresować i żelaznych płuc nikt mu nie odmówi, to jednak prochu nie wymyśli. Przeciwnie, z formy ostała się formalina, na chwile obecną to najbardziej niepewny na boisku element bloku obronnego. Pomijając nieszczęsną Atalantę, (przecież to Włoski odpowiednik AS Monaco) i kilka pojedynczych wpadek, każdemu zdarzyło się naważyć piwa, jednak znaczny wzrost straconych bramek na flance byłego gracza Lazio jest aż nadto widoczny. 

Allegri w Dani Alvesu widzi nie tyle wartościowszą alternatywę wobec Lichy`ego, a lepszą wersję Cuadrado, zdecydowanie regularniejszą, jakościowo solidniejszą, bardziej opanowaną w działach i odpowiedzialną za defensywną robotę. Ustawiony w linii z Mandzu i Dybalą szczelnie uzupełniał narożnik strefy, ustawiony wyżej niż dotychczas wybudził Pipite z letargu środowych wieczorów. Na obecną chwilę, w Turynie nie uświadczy lepszego speca od gry na skrzydle. Może i wiekowy ale za to świadomy piłki jakby analizował każdy fragment meczu, bądź IQ miał na poziomie astronautów. W zasadzie, taki Dani Alves dzielnie broni pozycji czołowego prawoskrzydłowego, główny przodownik półfinałowej batalii z Francuzami pokazał, że nawet Lazio może w pojedynkę rozmontować.

Patrząc na Brazylijczyka człowiek zastanawia się jakim cudem Allegri udobruchał tą niespokojną duszę. Z ADHD ostały się śladowe ilości piłkarskiej paranormalni. Wyszydzanego i mianowanego parodysty zastąpił stary, dobry fullback, kompletny na swojej stronie i kolejny raz szczycący się życiową formą. I w tym miejscu odzywa się trzeci akapit. Zarówno coach Starej Damy jak i prawy obrońca Juve mają ze sobą więcej wspólnego niż ktokolwiek w kadrze. Zawładnięci manią zwycięstwa, nieco oderwani od rzeczywistości. Allegri nauczył się Dani`ego Alvesa, Dani Alves pojął czym jest Juve i że calcio nie musi oznaczać zwolnienia z wirtuozerskich fanaberii.  

Tytuł MVP tej wiosny rozstrzygnięty. Cokolwiek przyniesie deszczowe Cardiff, samba będzie najmodniejszym tańcem tego lata w Turynie, do repertuaru kin powrócą klasyki Stevena Spielberga, a spiskowe teorie o pozaziemskim pochodzeniu nabiorą świeżości. To jedna z najciekawszych historii jakie dopadły ród Bianconerich ostatnich lat. Człowiek niemal wypluty przez wielką Barcelonę, przygarnięty by pokazać, że miano zawodnika-denata jest absurdalne, może kolejny raz zawstydzić piłkarską Europę. Być może wszyscy ulegliśmy wariactwu, jednak ręka do góry komu ten stan nie odpowiada? Debatę o palmę pierwszeństwa wśród prawych defensorów uważam za zamkniętą- Dani Carvajal bezsprzecznie najlepszy, skoro Dani Alves pochodzi z innej planety.


Fino Alla Fine
Forza Juve