środa, 29 marca 2017

Na ostatniej prostej

Kwiecień- święta Wielkiejnocy, szykowanie grilla na majówkę, rocznica Smoleńska- to co widzi zwykły człowiek przewracając kolejną stronę w kalendarzu. Homo sapiens z rodziny kulistej gry zespołowej, reprezentujący plemię biało-czarnej zebry ma inny obraz przed oczami. Ostatnie skalpy włoskiego ludu, krucjata przez wrogie miasta w Coppa Italia i na deser, marsz przez połowę Europy po wyśnioną "Truskawkę na torcie". Wybacz Panie Hajto, ale siadło. Osobnik tejże grupy rzadziej skupia się potrzebach egzystencjalnych oraz pracach dotychczas uznawanych za pożyteczne lub przysparzające rozrywkę. Ciało naszego nadrzędnego częściej stroi od snu oraz posiłków, z każdym zbliżeniem do kultu swego plemienia wydziela nadmierne ilości gruczołu potowego oraz przyspiesza akcję serca. Pani Krystynie Czubównej podziękuję za wstęp. Zawsze ceniłem naukowe podejście w sprawach piłki nożnej. To, że piłkarze po ślubie tracą na formie strzeleckiej bądź stosunki płciowe przed meczem mają znikomy wpływ  na występ delikwenta- może Mario Balotelli stanowi wyjątek od reguły. Tak czy owak, nadchodzi kluczowy miesiąc, wprawdzie to majowe wieczory i czerwcowa kropka nad "i" wystawiają recenzję sezonowej tułaczki lecz kto nie przetrwa kwietniowego survivalu pierwsze promienie letniego słońca spędzi na cierpkiej rozterce- "A miało być tak pięknie...."

Musisz być albo młotem, albo kowadłem, powiedział Goethe i wcale nie miał na myśli piłkarskiej analogi. Ale w tychże słowach tkwi prawda o finalnym etapie drogi. Będą nędznicy co przepadli z kretesem mając na ostrzu noża na pieczętowanego rywala i mężowie z chwałą piszący historię wyzbytą bohaterów drugiego planu. Na tym etapie nie ma nic gorsze jak syndrom- grali dobrze ale czegoś zabrakło, nie dość, że kładzie kłam na tezę- grali dobrze, to jeszcze podkreśla gorycz porażki. Samo scudetto to już za mało by poczuć nasycenie, liga z pozoru konkurencyjna traci grację z każdą kolejką. Rzymskie dziewczę choć dorodne bywa bliźniaczo ułomne, Mediolańskie elegantki polotem nie grzeszą jak i krewna z Neapolu, bywa gorąca i powabna acz klasy wyzbyta. Dystyngowana i wyrafinowana- Stara Dama to ta jedyna, urokiem bezwstydna, fasonem nieskrępowana. Królowa może być tylko jedna.

Ligowe pielesze ganią wszelki liryzm. Szarość życiowa to zdusi w zarodku represjonizm zatwardziałych wojowników, to roztrwoni całą finezję cherubinka, tudzież błogiej Atalanty. Europa? To już inna liga, rozwiązłość piłkarska nie zna granic, porno story w Barcelonie, pocztówka z mentalnej emerytury Wengera, zamach stanu w księstwie Monako, romantyzm którego zabrakło w przyziemnym starciu z FC Porto. Wiosna ludów co ziści się w jesień średniowiecza powiadają. Bo niby takie Monaco fajne ale życie rzadko hołubi beztroskich banitów. To męski świat, pieniądze, władza, układy i choć Kopciuszek błyszczy w świetle jupiterów blask zgaśnie gdy do głosu dojdzie piłkarska maksyma: nie piękno a wynik się liczy. Jak w tym wszystkim odnajduje się Stara Dama? Wypadałoby postawić kropkę nad "i", przywracając calcio należyte miejsce. Jednak ten nieszczęsny kwiecień jawi się niczym koń trojański. Blisko, niemal na wyciągniecie ręki, a jednocześnie tak daleko.

Za co będziemy odmawiać zdrowaśki?

- Wirus FIFA i jego nukleinowe infekcje- wrócili cali i zdrowi, tego nie powiemy. Padło na Pjace, jakby chłopakowi zdrowie w nadmiarze doskwierało.
- Impotencja Pipity- pisałem o tej przypadłości kilka dni temu. Dieta wyszła mu bokiem, bo ani kilogramów mniej, ani bramek nie uświadczysz u Argentyńczyka.
- Te słoneczne Rio- finał z Niemcami przypiął się jak rzep psiego ogona. Nie trafiam w finałach i co mi zrobisz?
- Zmęczenie materiału- w baku stan przedzawałowy, a na jazdę na oparach za wcześniej. W sumie finał można przejść na euforii życiowej szansy. Na szczęście Max przezorny stosował rotację.
- Klątwa finału- Belgrad, Ateny, Monachium, Amsterdam, Manchester, Berlin i na tym zakończmy.
- Łamiące wiadomości- pół biedy jeśli odłamkowy oberwie Lemine, gorzej gdy kapral Dybala wypadnie z linii frontu.
- Wybryk fantazji-  sprawdzasz na godzinę przed meczem skład, a tam Sturaro. Myślisz, już  raz z Realem mu wyszło i po dwóch godzinach płoniesz ze wstydu.
- UEFA Respect- niby psioczenie na sędziów zakrawa na słabość jednak coś w trawie piszczy, a tendencja jest wiadoma.
- Rozkojarzony Dybala- nie chce wywołać wilka z lasu lecz umowa czeka a podpisu jak nie było tak nie ma. Na dwoje babka wróżyła niby jest ale go ni ma.
- Tryb wyjazdowy- często Bianconeri wybierający się na obcy teren błyszczą w social media. Gdy przychodzi pora na przejęcie kolejnych ziem nagle zapominają jak zarabiają na życie.
- Śpioszek Bonucci- narkolepsję wyrobnika wypadałoby puścić w niepamięć, gdyby nie fakt, że na jednym przypadku nie poprzestał.
- Warcaby na szczycie- jest coś na rzeczy i nie tylko kobieta dzieli ród Agnellich. Oby przypomnieli sobie, że grają do jednej bramki.
- Niezwykły przypadek Miralema Pjanića- ten to potrafi zgubić się jak ciotka w Czechach. Niby coś poda, ustrzeli dychę na tarczy a gdy przyjdzie harówka znika z eteru.
- Zapasowe koła- powtórka z Bayerenem niby nie wchodzi w grę. Allegri ma czym oddychać zarówno w defensywie jak i w drugiej linii. Gorzej wygląda przód, brak cichego killera typu Marcelo Zalayeta, aby Pipita mógłby spać spokojnie i zapełnienia luki po Pjacy. Jak żyć?
- Taktyczna wokanda- Allegri lubi mącić w ustawieniach ale i w głowach rywali. To ze spekulacji wyjdzie ćwierć garnituru, to wyleje dziecko z kąpieli nowym ustawieniem. Grunt żeby nie oszukał samego siebie.
- Typowe Juve- uśpienie i śmiertelny cios. Może z Napoli przejdzie ale Barcelona już raz w tym sezonie wróciła zza światów
- Loteria gwarantowanej porażki- może nie w 100% ale konkurs rzutów karnych i Juve nie są dobraną parą.
- Nedved rapsody-jak to jest ominąć największe party w karierze? Spytajcie Pavla z monety, choć druga żółta w rewanżu z Królewskimi naciągnięta do granic możliwości.
- Efekt domina-  a co jeśli takie Coppa Italia popsuje powietrze? Niby to tylko krajowy puchar ale w Turynie dzielić się z kimś nie lubimy.
-  Włoska krew- nie sądzę by limit afer na ten sezon wykorzystał Bonucci. Są wielkie oczekiwania i ludzie z ego nieokiełznanym. Burzę w szklance wody wywoła nawet nerwowa reakcja na złe ustawienie.
- Geniusz człowieka z kraju komunistów- przekleństwo każdego wirtuoza- jego własne "ja". Bo jakoś nie wierzę w stoicki spokój przewlekłego choleryka.
- Nie taka piękna jak ją malują.... -tak, jasno trzeba odpowiedzieć na to klarowne pytanie: czy jesteśmy najlepszą ekipą na starym kontynencie? Przy warunkach laboratoryjnych owszem, są ku temu argumenty ale poligon boiskowy rządzi się swoimi prawami.

Czego obawiać się nie powinniśmy?
- Nainggolan i jego laleczka Voo Doo- podobno psy które dużo szczekają nie gryzą.
-  Rozpędzony peleton- nie taki rozpędzony, przewaga w stylu Froome`a na TDF, a coraz więcej płaskich etapów na horyzoncie.
- Twierdza Turyn- wyniki na J-Stadium nie służą bukmacherom. Oby ta monotonia trwała również na Europejskim poziomie.
- Solidność w obronie-  kolejny powód by chłodzić szampany na Cardiff.
- Człowiek od przegranych finałów- wujku Pat, z całym szacunkiem ale ciągnął Pan niefortunne fatum za sobą.
- Jakość- Pan Tomasz od Bundesligi jest święcie przekonany, że to kluczowy czynnik. Wierzę na słowo.
- Obrońca tytułu poza grą?- skreślanie Królewskich już na poziomie ćwierćfinału może i słabe. Ale karma triumfatora LM nie pozostawia złudzeń.
- Lekkość bytu- o morale i chęć triumfu jestem spokojny. Juventus ma to w naturze.
Karty rozdane, rywale rozgryzieni, żaden bleef  nie przejdzie, na królika z kapelusza również bym nie liczył. Wszystko co najlepsze już dawno poszło w ruch. Złapać ten rytm i uważnie liczyć kroki. To pierwsze przykazanie na najbliższe tygodnie. Zakończenie miesiąca z pewnym tytułem oszczędzi sił i nerwów, Coppa Italia choć ostatnie w drabince priorytetów, potrzebne do utrzymania statusu quo - stąd drugie, pełna koncentracja. Piękna ta Liga Mistrzów bo próżnością karmi i wnosi na piedestał. Lecz bywa najbardziej rozchwianą z kochanek przez co trzecie- nie igrać z losem, piłka bywa pozbawiona logiki.

W zasadzie kwietniowe batalie nie zaowocują materialnym skalpem. Nawet liga może jeszcze opierać się na fikcji matematycznego rachunku prawdopodobieństwa. Funkcjonujemy w realiach systemu zero-jedynkowego. Nie ma nic pośrodku zwycięstwa i porażki, podobnie jak nie będzie stanu pośrodkowego w nastrojach ostatniego gwizdka. Bo chyba każdy jest świadom jak rzadko trafiamy na łaskawość losu i sprzyjające warunki. Zdaniem Allegriego to marzec jest kluczowy i w Rzymie potwierdzą złośliwość rzeczy martwych. Ale liga to nie wszystko i warto o tym pamiętać by tylko z jednym łupem nie zakończyć tegorocznej kampanii.


Fino Alla Fine
Forza Juve

niedziela, 26 marca 2017

Gra warta świeczki?

Wbijanie kija w mrowisko nie jest mi w smak. Redaktorem Stanowskim nie jestem, więc i pokłosie bardziej ubogie. Niby nie moje pieniądze ale jednak czuć po portfelu, niby nie mój rower ale chciałoby się pędzić przed peletonem. Zachciało się drużyny na miarę Europejskiej divy to trzeba płacić. Droga to impreza, chcesz się poczuć jak w klipie Ricka Rossa, mieć poważanie Franka Lucasa i odbijać się w cudzych spojrzeniach w rozdzielczości dwudziestocztero kartowej. Zanim wszyscy się rozgoszczą, nowobogacki sąsiad zdąży zebrać numery od najbardziej urodziwych niewiast, a połowa imprezowiczów sięgnie po płaczliwe szlagiery. Zastaw się a postaw, raz się żyje. Na bogato bawimy się, stół ulega od nadmiaru obfitości, co Pipicie uśmiech sprawia, Dani Alves króluje na snapchacie, Pjaca zabawia modelki a Barzagli robi za cnotkę. I tylko ten chłopak, którego jakbyś znał ze szkolnej ławki lub osiedlowego trzepaka czuje się nieswojo. Jest fajnie ale szpan żaden i za drętwo na mój styl. Cóż, jeszcze jeden drink i spadam? Być może w chwili publikacji postu temat „nowy kontrakt Dybali” będzie zamknięty, a Moratta zamiecie zapędy napalonych gringo pod dywan przygotowany na powitanie Tolisso. Póki co, od kilku tygodni przeżywamy Dzień Świstaka, "Dybala wkrótce podpisze nowy kontrakt". Do znudzenia, pióro zaschło czy aby na życie jak w Madrycie  przyszła ochota?

Być może dla postronnego kibica, Juventus nie jest klubem na poziomie Realu lub Barcelony. Bardziej poukładany czyli nudny, z trzeźwo myślącymi zarządcami, wyzbyty blichtru popkulturowej Odysei i ta staroświecka Serie A. Kopią tam jeszcze dziadkowie Maldini i Buffon? Staży ale jarzy panowie z Eurosportu mogliby skontrować ripostą, ale młodzież nie zrozumie. Nie zależnie od percepcji zamiejscowych, szóste scudetto na horyzoncie i rola jednego z faworytów do triumfu Ligi Mistrzów mówi samo za siebie. Kompleksy i Stara Dama to dwa różne bieguny, a żeby czuć się hegemonem nie trzeba świecić jak członek rodziny Kardashian.

Nie jest łatwo wskoczyć w obce buty, choćby w rozmiarze były jak ulał i nawet nieznoszone, zawsze będą obce. Nowy Del Piero- okrzyknięty od pierwszego dnia, bo porusza się z gracją fresków Michała Anioła, bo młodzieńczą fantazją przypomina pewnego wirtuoza z minionej epoki i za nic ma tezę o śmierci klasycznej dziesiątki, której i tak się opiera. Na wyrost ale faktycznie stał się nim, choć głównie w podświadomości kibiców Juve niż w głowie samego piłkarza. Jak to bywa z namaszczaniem przez obce dłonie, wbrew intencjom i z naciąganą ideologią, nawet jeśli nie trampolina to za Hotel Babilon uznał mury J-Stadium. Dorosnąć mentalnie i piłkarsko do bycia kolegą Messiego z prawdziwego zdarzenia. I te gorące imprezy u Shakiry...

Patrząc na boisko człowiek myśli- zasłużył na podwyżkę, w takim PSG miałby 10mln bez dwóch zdań. Do momentu wiosennych igrzysk i majówki z paradą po mieście pieniądze umilają kopanie piłki we własnej lidze, Pan Verratti potwierdza. Jednak La Liga to nie Ligue 1 lub umiłowana Serie A, prawdziwa Champions League, sztuka dla wytrawnego oka, gdzie sędziowanie ma kunszt najwybitniejszych przedstawicieli abstrakcjonizmu, aktorstwo zawstydza marzących o karierze w Hollywood, a gole spadają z nieba. To też stały kierunek pielgrzymek największych talentów i Mekka późniejszych triumfatorów Złotej Piłki. W takim oto poglądzie nasz Dybalski toczy wewnętrzny spór- Should I stay or should I go. Odpuszczę wrażliwą sferę mamony, choć i o nią toczy się gra. 7,5 rocznie nie powala w skali globalnej, to jak rzucanie na świąteczną tacę banknotu podczas gdy na tacy kopert w bród. Kominów płacowych nikt w Turynie stawiać nie ma zamiaru, w dodatku dla piłkarza bądź co bądź na dorobku. Talent być może dekady powiedzą członkowie sekty maski, a ja powiem- brawo. Jednak wokół jednego Paulo świat się niekręci.

A co jeśli istnieje życie po (lub bez) Dybali? To samo co nastało wraz z odejściem Pogby lub na początku XXI wieku po dezercji Zidane`a? Saga kontraktowa kładzie cień wątpliwości w intencje La Joya, od miesięcy zapowiada umowa powraca w odsieczy łamiących doniesień hiszpańskich mediów. Dybala podpisze, Dybala pragnie gry w Madrycie, przepychanka rodem z KSW, mniej sportu więcej rozrywki. By dogadać się wystarczy dobra wola obu stron, kilka detali, deklaracja współpracy dla agenta- czyli potocznie haracz i wolne popołudnie dla medialnej otoczki. Że znają się jak łyse konie to gadka znacznie prostsza, a jednak pat wciąż wisi, sen z powiek schodzi, choć do zakochania jeden krok....
Dybala dostosował się do koncepcji marcowych dni. Jak w garncu, to strzeli to rozegra z kunsztem wyrafinowanego reżysera to doniesienia spotęgują zniesmaczenie. Wiosna mu służy, irytacja schodzi na boczny plan, dojrzałość przechadza się beztrosko, z powiewem cieplejszego wiatru talent wrze pomimo nieśmiałej atencji, już piłkarz przez duże "P" choć w fazie loading. Poza wartością sportową to też lokata na przyszłość, potencjalny nowy rekord transferowy, kura znosząca złote jaja, choćby były przepiórcze zawsze chętnych bezliku. Lecz nie o wartość rynkową Marotta bawi się w podchody. Miał być piłkarz na lata, ulepiony na ziemi włoskiej, doszlifowany w Turyńskiej kuźni, następca ery Messiego przechwycony zanim biały dym obwieści zmianę oligarchy. Efekt demonstracji przepadł wraz z Pogbą, Juve nie może kajać się etykietą "od Nas nie odchodzi się do lepszego klubu", przyszłość Dybali będzie więc również zwrotnicą biegu hegemona, albo manifestujemy status creme de la creme, albo kalkulujemy w zabawę utratę cennych diamentów.

Rozterka świadomego bogacza, bowiem Starej Damie nie wypada uchodzić za przystanek na szlaku arkadii piłkarskiej. Biedni nie jesteśmy, ani szykiem nie ustępujemy. Teraz lub za rok, przeciąganie nieuniknionego niweczy pic na który Agnelli pracuje od lat. Pozostanę sędziwy i podziękuje za piłkarza lubującego El Clásico i wszystko co tiki-taką krępuje resztę świata. Jeśli pragnie zająć jedno z wielu miejsc w gwiazdozbiorze Królewskich, a nie zostać pierwszym księżycem zwieńczającym upływ dominacji hiszpańskich drużyn droga wolna, pomimo całej sympatii.
Zapędy hiszpańskich gigantów subtelnością nie grzeszą. Niczym plebejski lovelas, Floro Perez adoruje i rozpieszcza, by z kolejnym mercato biegać za kolejnym kaprysem. Taki James Rodriguez zna smak odrzucenia i krajobraz ławki. To czy Dybala już jest galacticos pełną gębą to inna para kaloszy. W Barcelonie, pod okiem mentora by cieniem krył swego idola? Lub w stolicy przepychu pysznością rekompensować sobie status gwizdy numer dwa lub trzy? Miałem odstąpić od kija ale nie po drodze mi z najemnikami. Jak śpiewał Adam Nowak- "nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się  oka mgnieniu", tak więc liczę na wyprostowanie sytuacji i auto-pokutę. Nie sądzę by La Joya był cokolwiek winien Starej Damie poza grą w otwarte karty, świat nie skończy i żalu nie będzie. Na boisku maska dodaje kolorytu lecz poza nim bez fasady, cenimy prostotę.


Fino Alla Fine
Forza Juve

piątek, 24 marca 2017

Przejdź na dietę mówili, będziesz lepszy mówili

Przychodzi baba do lekarza i mówi: Panie doktorze, łykam te tabletki, łykam, ale nie chudnę.
- To nie możliwe! A bierze je pani, tak jak kazałem, dziesięć razy dziennie?
- Oczywiście. Jedna po każdym większym posiłku.
Mniej więcej tak wyglądała dieta Pipity od czasu przybycia do Turynu. Pozornie ale jednak zadowalał optyczne odczucia najbardziej dociekliwych. To od biegania zrzucił co nieco, to bramkę strzelił i nie było sensu się przyczepić. My faceci średnio przejmujemy się wagą, nawet jeśli na zimę założymy Michelin to można wybronić się: "najpierw masa, potem rzeźba". Ba, kult fit-slim-men dobry ale nie dla prawilniaka? Nasz kolekcjoner obgryzionych żeberek stara się jak może by w drużynie Starej Damy nie wyglądać na gościa z przypadku. Bo albo napakowani albo wycieniowani jak kolarze na Tour de France. Dieta nic miłego, ale czego nie robi się dla Scudetto? Wszyscy chcieliśmy żarłoka, ale żarłoka bramek.... No i masz Ci los, z utratą wagi, cały vaib poszedł się je...ć.
Chyba każdy kojarzy widok bekającego Pipity przed pierwszym gwizdkiem w spotkaniu z Udine. Ten to sobie zaraz ucztę uczynni, nie będzie czego poprawić. Jakiś Fofana lub De Paul mają Nas zatrzymać? To jak najechać na mały, biedny kraj i wspomóc rodzimą gospodarkę, przy okazji odbudować szkoły i szpitale. Żeby była jasność, po jednym słabszym spotkaniu skreślenie kogokolwiek graniczy z szaleństwem ale, że wkrótce minie równy miesiąc od ostatniego trafienia Argentyńczyka do siatki rywali  to też rosnąca fala zniecierpliwienia traci na populizmie zyskując sugestywny dylemat. Każda kolejna zmarnowana setka, każde kolejne 90 minut bez gola i jak bumerang wracamy do pytania- Czy to aby Pipita był goleadorem z najwyższej pułki?

Tak drogi Pasibrzuchu, to już nie przelewki. Wchodzimy w decydujący moment sezonu, wóz albo przewóz. Na krajowe podwórko wystarczyło sięgnąć po Bacce, takie Chievo też rozszarpie i nawet Romie krzywdę zrobi. Elkann poznał termin SWAG i chciał zabłyszczeć na bankiecie: Ej, to ja fundnąłem tego grubaska, patrzcie jak prowadzi Juve do Cardiff, nawet Perez żałuje, że postawił na Benzeme. Teraz blado mu i czepia się Bogu ducha winnego Andrei. O Higuainie powiedzieć można wiele, ligowa bestia co ustrzeli Ci mistrza jeśli masz ku temu warunki, w Neapolu wreszcie doceniony odwdzięczył się (trochę nietrafione zważywszy na obecne nastroje) workiem goli. Pan od bramek gdyby nie jeden, mały drobiazg. Ten sam Pipita popada w impotencję gdy słyszy hymn Ligi Mistrzów. Zaledwie 12 bramek (edit: transfermarkt twierdzi, że 16) nikogo nie czyni poważnym snajperem. Bilans mizerny gdy w jednym szeregu wymienimy Lewandowskiego, Suareza lub nawet wyszydzanego Cavaniego. Rozgrywki międzynarodowe, zarówno klubowe jak i reprezentacyjne to coś co nie pasuje wychowankowi River Plate. Grać w środku tygodnia lub w przerwie od ligowych spotkań? Człowieku, grill mi stygnie!
28 luty, pierwszy półfinał z Coppa Italia z Napoli, Syn Marnotrawny policzkuje tonącego Sarriego. Następnie, połowa Półwyspu Apenińskiego ulega zbiorowej histerii, a Rossoneri cofają się w epokę kamienia łupanego gdy barbarzyństwo było środkiem komunikacji. W tym czasie Roma zdążyła przegrać wszystko co było do wygrania, PSG roztrwoniło dobytek zbliżony do PKB jakiegoś San Marino, a Allegri przejmował kolejny klub, o zgrozo dla wschodniego Londynu, Wenger still alive. Szmat czasu, kilogramy mięsa na talerzu. Chodząca reklama Stoperanu straciła na wigorze. Rozumiem, wielki post nie wypada tłusto zastawiać stołu ale potykanie się o swoje nogi i gonienie gołębi na dachu Stadio Luigi Ferraris to ciut za wiele aby nie mówić o zatwardzeniu.

Póki co, posucha Pipity nie przekłada się na wyniki Starej Damy, komplet zwycięstw i remis na Stadio Friuli przejdzie zważywszy na gorący terminarz. Jeśli jednak apetyt na gole nie wróci wszyscy przełkniemy twardy kawałek chleba. W rotacji Allegriego odnaleźli się niemal wszyscy, nawet Dybala marudzący, że nie grywa po 90 minut w każdym spotkaniu, nagle miejsce w składzie zyskał Mandzukić, a nawet środek obrony w iście Salomonowy sposób dostaje obłaskawiony każdą minutą. I tylko ten Pipita grający od kreski do kreski zapłacił za komfort bezpieczeństwa chytrego Maxa. Niby chudszy ale jakby bardziej ociężały, niby sprytniejszy ale jakoś tego nie widać. No i na co było zrzucać zbędne kilogramy?

To, że w Europie bardziej płodny bywa Sergio Ramos wiadomo od dawna. Ale Higuain trafił do Turynu by robić różnice, nomen omen w rozgrywkach Ligi Mistrzów, to główny wyznacznik oceny transferu. Być może nadejdzie niepotomna chwila i w pochmurnej Walii poleją się szampany otwarte przez golazo Pipity. Wiara w ludzie jest, co potwierdza tweet poniżej, jednak chodzę do innego Kościoła i rzadziej bujam w obłokach. Raz, gdyby Higuain trafiał w kluczowych momentach nadal byłby w Madrycie, dwa pozycja najlepszej dziewiątki świata byłaby bezsprzecznie rozstawiona. O ile finał mundialu z Niemcami można puścić w niepamięć, niepierwszy, który pękł przed bramą piłkarskiego raju to pewien schemat staje się aż nadto odczuwalny. Wysoka stawka, brakuje mi amunicji. A Dinamo strzelić to żaden zaszczyt.

Higuain to zjawisko i jak przystało na unikat bywa nieprzewidywalny i trudny do zbadania, to marnuje sytuacje za sytuacją by trafić niemal z przypadku. Geneza irytacji, a z drugiej strony exodus ekstazy. Być może metoda wędki obudziła by dawną bestię. Za każdą bramkę duży kawał mięcha?  Kto jak nie Allegri, który wskrzesił n-ty raz Asamoah i wymyślił nowego Mandzukica ma nauczyć Higuaina gry w LM? Barcelonie strzelać potrafi, wprawdzie statystycznie wypada słabo ale trzy bramki przeciwko Dumie Katalonii z nieba niespadły. Wprawdzie podtekstów w dwumeczu brakować nie będzie jednak to Pipita ma najwięcej do stracenia. Wskażcie dziennikarza, który nie przyczepi się do byłego gracza Realu gdy Suarez przechyli szale zwycięstwa? Który Bianconeri nie poczuje się jak Jacek Ziober gdy nasz grubasek dostanie piłkę łatwiejszą niż uczestniczki Warsaw Shore i wzruszy ramionami? Scenariusz realny bo jakby zaczerpnięty z przeszłości. Dociekliwi twierdzą, że karma za dzielenie szatni z Manolo Gabbiadinim wychodzi na jaw.

Nadmiar krytyki może trochę na wyrost, jeśli miał się zaciąć to lepiej teraz niż w kwietniu. Póki Juve wygrywa, Pipicie uchodzi na sucho dieta bramkowa. Liczby wciąż są okazałe i na pierwszy rzut oka pozwalają na rozgrzeszenie chwilowej niemocy. Gdyby tak jeszcze dorzucił trzy grosze do półfinału LM i zamknął sprawę Scudetto nim zakwasy rozłożą rześkość Starej Damy. To tylko drobne życzenie warte budżetu takiej Atalanty. Nim jednak Pan 90 milionów zje zęby na kuchni wegańskiej, powrót na San Paolo. Już raz pod Wezuwiuszem odnalazł instynkt mordercy. Pora więc na sytą wyżerkę! Bon Appetit...

I powtórki z rozrywki.

Fino Alla Fine
Forza Juve

wtorek, 21 marca 2017

Turyński dekalog

Nie jest tajemnicą, że mój stosunek do demokracji ma wydźwięk wytwórni Marca Dorcela. Lubię wiedzieć kto w razie "W" poprowadzi na chwałę Bożą i czuć, że jutro nie zależy od zbiorowej paranoi. Fetysz władzy to obok seksu największy konik w historii ludzkości, siła ogromna tylko jakby popyt wykraczał poza grancie fantazji Orwella. Popatrzcie na Allegriego, wkrótce za nieposłuszeństwo zacznie karać obcych piłkarzy. To jak znieczulenie morfiną lub toksyczne ukąszenie Kantego, już inaczej nie potrafisz. We własnej skórze natknął się na ducha poprzednika- sorry ale taki mamy klimat. To miejsce zmienia człowieka, nie łudźcie się, Spall może i wydaje się równym gościem bo odświętnie Radje uczłowieczył ale również popadnie w manie władzy kompletnej. Jak żyć w państwie ograniczonych swobód i dyktaturze zwycięstwa? Odgrywając Kieślowskiego adresuje kilka rad do Tolisso, Spinazzoli i innych gości będących już na walizkach, łatwo nie będzie. Ale za to jakie ładne selfie na koniec sezonu?
1 Nie będziesz miał woli swej przed trenerem Twoim- celna uwaga dla niespełnionych mędrców co sprawnie grzebią w obcej piaskownicy. Jeśli jesteś przemądrzały to udzielaj się na boisku. Bracia Bonucci i Lichy poznali smak twardego paska na czterech literach. To pojedynek soft Gołoty z Lenoxem Lewisem, wiadomo kto jest białasem do zlania.

2 Nie będziesz ignorował trenera swego- skruszony na klęczkach Dybala zna cenę pokuty. Trener Twój Bogiem Ci będzie, a przed innymi bóstwami kajać się nie będziesz. Może ego Ibry wyrastało poza dach Old Trafford i Parc des Princes ale Turyn to katedra co sodomy gomory nie widziała. 

3 Nie będziesz wodził furii trenera swego na pokuszenie-przeciąganie struny nigdy nie przejdzie obojętnością. Karny jeżyk, wizyta na trybunach, łatwo wzniecić gorzej przygasić, a i niewiele potrzeba by nerwus przy linii bocznej spostrzegł płachtę byka z Twoim numerem na plecach.

4 Pamiętaj by dzień meczowy święcić- koncentracja, a w zasadzie jej brak stał się grzechem śmiertelnym podczas wypadów do Mediolanu lub Florencji. Miało być jak podczas występu Guns`n Roses, mocne wejście, uśpienie balladami i eversong show z tłustym wokalem Pipity na akompaniamencie Dybali i spółki. Skończyło się na przeglądzie pieśni żałobnej z estetyką Festiwalu Piosenki Aktorskiej.

5 Bądź posłańcem woli trenera Twego- jak Irena Kwiatkowska w Czterdziestolatku, żadna robota straszna Ci nie będzie. Kult cnotliwego Padoina świeci przykładem, czy to na obronie czy na połowie przeciwnika ważne by spełnić zapiski z notatnika. A i nowinki taktyczne wkuwaj z rozpędem prymusa roku.

6 Szanuj ławkę swą- słowo klucz by na ostatniej prostej nie zaliczyć rejsu Titanica- ROTACJA. To co potencjalny książę Spalletti musi wpisać do swojego słownika i podkreślić faken grubą kreską. Nawet Pipita musi odpocząć od spalania kalorii i nie jeden Sturaro znajdzie się by wejść przed kolejką. Bywa.

7 Czcij każdą minutę jakby była Ci ostatnia- niby jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz, ale pamiętaj, że oczkiem w głowie nigdy nie będziesz. Znów rotacja zbiera owację na stojąco, że nawet po udanych zawodach można zaliczyć Słowiański przykuc wie dobrze Daniele Rugani, na każdego przyjdzie pora. 

8 Czcij Victorie jak ziemię obiecaną- powtarzana mantra- liczą się tylko zwycięstwa. Wtórując tejże przyśpiewce pamiętaj by nie czuć satysfakcji z jednego oczka, to zawsze będzie zawód jak szczebel niżej na podium. A social biografia Il Principino niechaj ewangelią Ci będzie.

9 Pamiętaj, aby barwy swe święcić- krótkie zaznajomienie ze specyfiką miejsca prosto z Wikipedii nie wystarczy. W świecie post calciopoli zło ma klarowne barwy. To, że igraszki z wrogiem na froncie są zabronione powie wiedzą nawet najstarsi górale. Ale na jednych merdach draństwo

10 Ani aby domu swego nie porzucać- wystarczy spojrzeć na byłych graczy Starej Damy. Więcej radości uświadczymy w reklamach proszka do prania. Fikcyjna pani domu ma więcej radochy z czystej bieli niż Morata w wymarzonym klubie. A podobno, życie jak w Madrycie...

Niby ściągawka mało oryginalna, taki elementarz dla roztropnych lekkoduchów, choć zabrakło pierdół o hierarchii i poszanowaniu starszyzny. No ale etap szkoły podstawowej manier piłkarskich chyba każdy trafiający na J-Stadium ma dawno za sobą. Wrzało w Turynie ostatnimi miesiącami, to przybicie piątki stało się passe, to wyrobnik pomylił swojego z obcym. Ale, że to stan przejściowy i nawet w Watykanie spowiadają to chyba każdy wie. Lato tuż, tuż, Marotta kręci nosem, jakiś deal by się przyklepało bo na umowie Caldary pomniku mi nie postawią. Fakt, przydałby się lepszy fundament bo jeden Higuain i nieco zapomniane transfery to trochę za mało by robić za żywą legendę. Licząc, że popłynie na fali udanego lata ostrzymy sobie zęby na nowego Vidala z Lyonu lub znudzonego szyderą i posępnym Francuzem Sancheza, choć o tym gościu możemy pisać w kategorii surrealistycznych spekulacji. Ale, ale...

Memy oczekiwania vs rzeczywistość raczej nam nie grożą. Beppe- We trust You, ale nie żartuj sobie z jakimś Balde Keitą. Prędzej rozpali grilla na środku murawy niż wyczaruje Mertensa pod bramką rywala. I w tym, mój moralizatorski wywód, nastał czas klasowych najemników, ludzi którzy mogą wybrzydzać w ofertach i nie zawsze Juve będzie opcją nr 1. To nie Federico Peluso który z pocałowaniem ręki przyjmował propozycję Starej Damy, Panów piłkarzy co przeżyli swoje i wiedzą lepiej będziemy napotykać częściej. A wcześniej czy później jakiś Kessie zbroi nam prywatny Gang Albanii równie na bani na boisku jak i poza nim.

Pozostaje wzruszyć ramionami czy naprostować żółtodzioba? Nie zawsze wujkowie Buffon i Barzagli będą bawić się w przedszkolanki, nawet swojski chłopak z sąsiedztwa miewał muchy w nosie. Większe wietrzenie w szatni zawsze rekrutuje Piętaszka błądzącego wzrokiem po tunelu i pytająco stwórcy co ja tu robie? Być może taki Orsolini trafi na mentalny szklany sufit, a skoro Marotta bawi się w łowienie nieodkrytych talentów to powyższy dekalog niekoniecznie oznacza nadmiar słowotoku, a dobrotliwą radę- pamiętaj gdzie Twoje miejsce. 

Fino Alla Fine
Forza Juve

piątek, 17 marca 2017

Grzechy rodziny Agnellich

"Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór. Czapkę wicher niesie, róg huka po lesie, ostał ci się ino sznur". Na ostatnią wieczerzę przyszła pora, kogut pieje, wicher miota, Andrea za łaską ciśnie swe żywota. Miałeś chamie majestat niepodzielny, miałeś przychylność pyszną, ostał Ci się jeno zdrady smak. Jeśli wiara kłamliwym ustom ma na końcu języka prawdy posmak grzechem kajasz się. Nie będziesz cudzołożył, ani będziesz pragnął żony jego, ani sługi, ani służebnicy, ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy, która jego jest. Dekalog księgą nakazaną i nią będziesz sądzony. Drogi Andrea, pokuty Twej nadszedł czas. Oszczędzę Wam kalania Wyspiańskiego, tą zagwozdkę pozostawię przyszłym uczestnikom Milionerów. Prasa bulwarowa- prosta sprawa, nie czytam. Co jednak gdy na jedynkach pojawia się gruchająca para, a google translate mówi o jakimś romansie. Ten typ to chyba nasz Andrea?! Niby z piłką nie ma to nic wspólnego, a jednak. Zdrada nie jedno ma imię, tym bardziej gdy zdradzając sam zostaje zdradzony.

Czym byłby świat bez wielkich rodów, historii pisanej błękitną krwią, dziedzictwem z dziada pradziada chomikowanej na poczet jutra nienarodzonych. Mitycznie legitymujących swą pozycję bądź jawnie krzepiący spolegliwość mamony. Windsorzy, Glücksburgowie- relikt przeszłości i celebryci lepszej jakości, a mimo wszystko wolę taki układ drabinki od fikcji woli ludu. Świat footballu również może pochwalić się dynastią zmieniającą bieg rzeki. Jak przystało na klasyczną monarchię w realiach social media i zaklapkowanego widza skrajnie objętą cenzurze i z wrogością podejmowaną na obcym terenie. W czasach gdy szejkowie nie wychylali nosa poza swój Harem, a Rosyjscy oligarchowie siedzieli na Kremlu, pewien człowiek pomimo prestiżu i fortuny kołem pisanej a nie toczonej ziścił swój sen o drużynie sygnowanej własnym imieniem. Edoardo Angelli stał się pionierem wśród krezusów calcio. Stara Dama wyrosła na pierwszą damę w Italii a Juve jak przystało na dziedzica monarchii zostało znienawidzone po wieki.

Rób Agnellich od zawsze przypominał mi biegiem dynastię Kennedy. Kochana i nienawidzona, obarczona piętnem kostuchy, oczywiście w mniejszych proporcjach i od zawsze dążąca do piedestału. Juventus to ród Agnellich, a rodzina Agnellich to Juventus. Począwszy od 1923 roku do dnia dzisiejszego, Juve w rękach potomków twórcy imperium Fiata dzierży hegemonię. Potomkowie Edoardo niemal zawsze gwarantowali sukcesy, byli swoistym talizmanem przykuwającym kolejne puchary. Jakby we krwi mieli recepturę na rozłożenie Interu i zatrzymanie Gladiatorów z Rzymu w boksach. Dziedzictwo nestor zawsze leżało w gestii kibica Juve, bo dobro rodziny równało się dobru klubu.

W zasadzie można by zakończyć dzisiejszy wypad do domu Agnellich. Wnuk wielkiego Umberto potwierdził prawidłowość o wyjątkowości swego pochodzenia. Ale, że w rodzinnie obowiązują pewne zasady to i kres tronu obecnego dziedzica pojawił się na horyzoncie. Odbudowanie klubu, przywrócenie renomy, nadanie wartości sportowej i biznesowej zeszło na drugi plan, dziś fundamentalna sfera życia ciąży na sumieniu. Czarną owcą był jeszcze przed prezydenturą, problemy biznesowe, niejasna przeszłość, kłopoty z nocnym życiem, plam na życiorysie nie brakowało. Być może wizyta seniora Chajzera zmieniła Andree, fotel sterownika klubu do czegoś zobowiązuje i za grzechy młodości spowiadać się już nie wypada.

Co może poróżnić dwóch dorosłych mężczyzn? Kobieta lub pieniądze. Obie namiętności w tym przypadku wodzą na pokuszenie. Gdyby to Słowiańska krew żyłami płynęła wystarczyłoby szkło i butelka. Włoskie rody uznają inny język, wyprawa na ryby z wyklętym bratem, koński łeb, kurtuazja jest dla słabych. Przypadek dobrze znany, facet z poukładanym życiem rodzinnym pakuje się w tarapaty, oczywiście przez kobietę. Mógł jak Clinton obejść się literą prawa, wystarczyło jedno cygaro, przecież również popala i zachowanie stołka przykryłaby fikcja problemów małżeńskich, nawet świętoszek Elkann nie jest bez skazy. Deniz Akalin warta grzechu stwierdził jednak, to co by przeszło bez echa w korporacyjnym półświatku w rodzie Agnellich wiąże się z wygnaniem. Jak mawiał Michael Corleone- Rodzina jest najważniejsza. Ale ten sam Corleone powiedział: "Jesteś moim bratem i kocham cię. Ale nigdy więcej nie występuj przeciw Rodzinie".

Niby plotkom wierzyć nie można, ale pisze Gigi Moncalvo więc robi się poważnie. Widok wielkiego Juve pod wodzą krewniaka mierzi Elkanna. Co prawda nie chodzi o Juve, bo wspólne dobro klubu to obok więzów rodzinnych jedyna rzecz która nadal zbliża obu dżentelmenów ale o uznanie jakim piłkarski świat darzy kuzyna. Tego który za młodych latach kandydował do syna marnotrawnego i długo przysparzał wstydu rodzinie. "John Elkann jest bardzo zazdrosny o sukcesy Andrei. Agnellemu nic nie uchodzi na sucho, zarówno z perspektyw sportowych, jak i osobistych. Fakt, że Andrea zostawił swoją żonę i dwójkę dzieci dla tureckiej kobiety, podzielił go z Johnem Elkannem i jego żoną,  Lavinią Borromeo. Sprawa jest o tyle gorsza, że nowa partnerka Andrei spodziewa  się dziecka. Andrea musi cierpliwie znosić całą serię publicznych upokorzeń, co robi ze stoickim spokojem i co doprowadza do ciężkich do opisania sytuacji. Agnellego będą próbowali się pozbyć przy każdej nadarzającej się okazji" (reszta u kolegów)- scenariusz niemal żywcem wyrwany z Dynastii, zdrada, zazdrość, namiętności dobrze znane od wieków. Głosów o siermiężnej mentalności rodziny Fiata nie brakuje. Żeby w XXI wieku wątpliwa moralność pozbawiała człowieka statusu? Może i świat się zmienia ale człowiek nie. To co wieki temu prowadziło do upadku i dziś zbiera swe żniwa. Wyczuwam jednak drugie dno, pranie brudnych pieniędzy, prywata wykraczająca poza J-Stadium, kontakty z ciemną sferą, brak lojalności w biznesie? Obaj nie uznają drugiego miejsca, wiadomo Juventini, obaj z mlekiem matki wyssali dążenie do wielkości niczym nie ograniczonej.  To spór wbrew intencjom, bo czy zazdrość ciąży mniej od zdrady?

Kto buduje na ludzkim zaufaniu, buduje na piasku. Tak więc do ostatniej wieczerzy Andre Agnelli przysiądzie w samotności. Ludzie wokół których otaczał się przez lata i którzy na sukcesie swojego decydenta osiągnęli swoje przyjmą pakt milczenia. Padre może być tylko jeden, zarówno w rodzinie jak i w klubie. W tej wojnie wygrać może jedynie koalicja Anty-Juve, bo zarówno Pavel Nedved jak i Alessandro Del Piero doświadczenia w zarządzaniu tak wielkim imperium nie mają i krwi Agnellich u nich nie doświadczysz. Ostatnie rządy "obcych" przywołują przykry obraz, Serie A skażona obrazem calciopoli, Juve pokutujące drogą krzyżową, istne bezkrólewie. Skoro miłość jest tu kością niezgody to niech i ona będzie cenzorem sędziego i ofiary. Troska Elkanna o los Juve nie zawsze była wzorowa i w tej kwestii wypadało by się również uderzyć w pierś. A jedynie sprawiedliwy ma prawo sądzisz grzesznika, drogi Panie zazdrośniku.


Fino Alla Fine
Forza Juve

środa, 15 marca 2017

Pan piłkarz nowego pokolenia

Pamiętacie swojego pierwszego idola? Człowieka który budził młodzieńcze rumieńce i kreował Wasze pierwsze fascynacje i piłkarskie lovestory? Z iloma konkurentami walczyliście o Laurę tego pierwszego Baggio, Ronaldo, Van Bastena, Vialliego na osiedlu? Każde pokolenie ma swoich idoli. Ludzi po przez pryzmat których oceniasz każdego kolejnego zdolniachę. Po pierwszym wirtuozie nie trzeba sprawdzać numeru PESEL- rocznik określony z dokładnością do jednego Mundialu. To jest Miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom... - szmat czasu temu odgórnie regulowano ikony w danych dziedzinach. Bywali przodownicy pracy, bywali wybrańcy ludu z przypisanym kultem wielkości. Gimby nie znają, jak i ja mam jedynie krótki zapis tejże utopii. Powołałem się na cytat z Misia nie tylko dlatego, że obraz Barei nabiera na autentyczności w wiadomej sferze ale że inny Miś skserował patent Prezesa Ochódzkiego i robiąc interes życia zrobił Nam wszystkim wodę z mózgu

Profil pokolenia na ogół bywa pejoratywny. "Co z nich wyrośnie?" lub nieco zapomniane- "ach ta dzisiejsza młodzież" itp, zgredowate podejście i w mojej głowie dochodzi do głosu gdy na przystanku jakieś typki w rurkach używają dziwnego dialektu. Naturalna kolej czasu, jak Del Piero w barwach Juve widziany jedynie na YouTubie. Piłka nożna stała się środkiem do osiągnięcia celu, a nie celem samym w sobie. Jak przystało na piłkarza nowego pokolenia Paul Pogba w pierwszej kolejności jest celebrytą, dopiero potem pojawia się Pan sportowiec. Wprawdzie całkiem dobry ale nieśmiało dowodzący o swojej klasie. Król dabu uosabia wszystko co można obecnie podpiąć pod ten dobrze opłacany fach. Utalentowany nieziemsko, mający na tacy to o co inni zabiegają przez całą karierę, pewny siebie jakby CV miał zapchane do granic możliwości, popularny jak butelka wody w Afryce. Człowiek w wieku 24 lat mający u stóp cały świat, a czy to nie pogoń za królikiem daje największą przyjemność? Bynajmniej, wisienka na torcie smakowała bardziej od nie jednego rarytasu ale czy z piłką miało to wiele wspólnego?

LeBron James piłki nożnej miał podbić świat. Najpierw triumf na domowej imprezie, a potem wielki powrót na ziemię Angielską i przodownictwo w dream teamie. Będziesz legendą człowieku powiedziałby Marcin Wasilewski. Krajobraz po Euro był jednak mglisty. Forma pozostała w Turynie, a Napoleonem nr 1 był kolega Griezmann. Patrząc na kolejne diamenty Trójkolorowych, Francuzi z organizacją imprezy mieli zezowate szczęście. Podobnie jak Brazylijczycy lub Polacy o dobre dwa lat wyprzedzili zegar biologiczny swych talentów. Przegrany finał jak i cały turniej pokazał miejsce w szeregu dla dzisiejszego solenizanta. Żaden top światowy, żaden nowy Zidane, piłkarz o sporym potencjale i póki co nic więcej. Jednak Pogba dzielił jak rządy w kraju nad Wisłą, albo namaszczany na czołowego pomocnika globu albo zrównywany z poziomem Krzyśka Mączyńskiego. 

Prawdę mówiąc Panie Pogba, sam Pan jest sobie trochę winien. Wierny Raioli wpadł w sidła ciężkiej machiny. W tym cyrku brakowało jedynie wystąpienia o przenoszeniu talentów jakiego dostąpił obecny gwiazdor Cavs. Trolling ładnie skrojony, piarowcy Adidasa postarali się, kampania reklamowa giganta odzieżowego zbudowała najbardziej wartościowego piłkarza świata. Oczywiście świata rządzonego przez diabła managementu tudzież Mino Raioli, ludzie poczuli kocie ruchy tego sympatycznego chłopca, a  marketing szeptany zrobił resztę. Nagle Paul spadł na ziemię, nie zawsze wszystko wyjdzie, nie zawsze wujek dobra rada pomoże, bo sam wyglądem imituje piłkę, teraz trzeba być motorem napędowym, brać odpowiedzialność, spłacać głównie bagaż ciśnienia.
Rozkładając na czynniki pierwsze, jakoś blado wypada ta nasza Mona Lisa: Fircyk w zalotach z hipsterską fryzurą, dabowanie co ma w sobie tyle artyzmu ile u Drake`a charyzmy ulicznego MC. Płytkie ego skazą młodzieńczych gwiazd, łatwe panny, skupienie na social media, gdzie swoje talenty częściej wykorzystują niż na boisku i podatni na zdanie agenta jakby w kontaktach mieli wpisane- "alfons". Pogba jedynie powiela bolączki swojego pokolenia. Oczekiwania są ogromne ale czy po najdroższym piłkarzu nie wypada oczekiwać klasy światowej i różnicy w kluczowych momentach? Pytanie retoryczne ale nie dla samego Pogby. Na boisku bywa elokwentny co rozporek prawiczka, podatny na irytacje jakby zarabiał najniższą krajowa. Póki co, comeback Pogby na Old Trafford nie powala. Ani statystyki nie robią wrażenia, ani sama gra nie ucisza sceptyków. Oj ciąży ponad 100 mln euro, z luzu i łatwości jaką emanował na boiskach Serie A ostały się jedynie śladowe ilości. Ciężko poznać, że to ten sam piłkarz, który przekładał jak chciał obrońców i na ziemi Włoskiej nie miał sobie równych. Jakby wrócił do etapu gdy z żalem do Sir Aleksa Fergusona opuszczał Manchester, wyglądający jak niezaładowana w pełni wersja N`Golo Kante. Gdyby odrzucić całą nadbudowę jaka została doliczona do ceny nawet 50 mln wydaje się mało sensownym dealem. A jednak, boiskowa wartość to nie wszystko.
Fame bardziej poza sportowy bo forma i sukcesy nieco schodzą na drugi plan. Pogba to taki medialny King Kong, oderwany od rzeczywistości w obrazie przeciętnego kibica i stworzony na potrzeby rynku. Przodownik na liście największych transferów popadł w marazm swojej ceny, dzielnie kolekcjonujący kolejne słupki, poprzeczki i pozbawiony Ligi Mistrzów przypomina Eddiego Murphy z filmu Książę w Nowym Jorku. Mimo wszystko znęcanie się nad byłym piłkarzem Starej Damy mija się z celem. Machiawelizm Raioli jest siłą niemal nie do pokonania, ten sam machiawelizm sprowadził Pogbe na J-Stadium i na ten sam machiawelizm liczymy w kontekście Gigiego Donnarummy. Krytykuj grę, nie gracza, bo piłkarze już dawno stali się pionkami w tejże grze.

Jedyne co wyszło na przeprowadzce do Premier League to stworzenie mitu gwiazdy globalnej. W popkulturę Pogba wszedł jak w masło. Niczym grupa Migos zwana czarnymi The Beatles choć na tle oryginału budzą politowanie, Paul już jest człowiekiem legendą, wizualnie wprost stworzony do bycia ikoną stylu lub uniwersalnym logotypem. Jako pierwszy doczekał się własnego emotikonu, a zjawiskiem dabu wykreował nowy trend. Nawet jeśli na boisku nie wychodzi to majestat księcia na niczym nie traci. Jest cesarz, są i igrzyska.

Pan 105 milion był tylko pretekstem by pochylić się nad postacią młodocianego adepta footballu. Piłkarze nie biorą się znikąd, mogą uchodzi za grupę reprezentacyjną danego środowiska, tym bardziej pokolenia. Tatuaże, snapchaty, Instagram i białogłowe z Insta, nie jednemu zawróciłoby się w głowie. O tym, że pieniądze sprowadzą na boczne torowiska inne wartości wspominać nie muszę. Wielu z tych potencjalnych idoli w oczach jakiegoś dzieciaka uchodzi za siódmy cud świata, obiekt wzoru, postać Boską z krwi i kości. Biorąc poprawkę, że zawód piłkarza traci na priorytecie wśród gladiatorów zielonej murawy czasy wielkich person godnych naśladowania przeminą szybciej niż wielkości Leicester City. Dzisiejszemu solenizantowi życzę więcej boiskowej radości niż followersów na Twitterze i częstszy powodów do użytkowania dabu. Choć nadal nie czuje tego klimatu. A najlepiej sytuację Pogby w MU skwitował obruszony Ibrahimović po finale FA Cup: "(Mnie) Kupili?! Ja tu przyszedłem za darmo, oni ciebie kupili!"

PS: Rick Astley ma lepsze ruchy. Słaba kopia Panie Pogba

Fino Alla Fine
Forza Juve

poniedziałek, 13 marca 2017

Polemika zgnitych pomidorów

Co było pierwsze, jajko czy kura?- dla zdrowych ludzi, dylemat akademicki w sam raz do leniwej biesiady przy piwie, dla ciemiężców boiskowych faktów prawdziwy trud intelektualny. Z tym dylematem opierającym się na odwołaniach cyklicznych wiąże się błaha zagwozdka. Wiadomo, że jajko było pierwsze i żadne mądrości ludowego tego nie zmienią. Jednak, że rozum bywa toporny to i zrozumienie pierwotnego porządku bywa ciężkie. Bo jak inaczej zrozumieć, że bycie lepszym jest niewłaściwe? Historii Bianconerich przedstawiać nie będę, każdy kto tu trafił zna ją na pamięć, zwycięstwo jest wpisane w barwy tego klubu jakby jeden z uczniów pamiętnego popołudnia był potomkiem Heraklesa. Juve wygrywało i nadal ma zamiar wygrywać i jak to z cyklicznością bywa nie jest to rzecz mile widziana na Półwyspie Apenińskim.

Odkładam na bok wszelaką poprawność polityczną, nie jest ona w cenie, zarówno w środkach masowego przekazu jak i wśród aktorów życia publicznego. Poza tym, żeby jakość ugryźć temat rzekomej niesprawiedliwości na boiskach Serie A trzeba zejść na poziom adresatów zaczepek. O zgrozo, miałem o rynsztok nigdy nie zahaczyć. Ok, przegiąłem.

Tabloidowość środowiska utarła się w świadomości, nie rusza Nas dom wariatów w Palermo, tym bardziej cieszynka Mertensa. Jest barwnie jak podczas letniego festynu, nic tylko czekać aż Super Mario podjedzie nową zabawką. Śmiech staje się niebezpieczny gdy śmiejesz się bez powodu lub ociera się o gorycz łacińskiego furorem zwanego słowiańskim wkur***iem. O to pierwsze posądzam biedniejszych o kilka (żeby kilka) tytułów mistrzowskich kolegów z doliny piłkarskiego Siedmiogrodu. Boski porządek o jakim nabąknąłem w leadzie przez dekady kreował losy na stadionach Italii, raz było gorzej, raz lepiej, ale Stara Dama z wrodzonym powabem powracała na szczyt. W ten do głosu doszedł szatan i wymyślił carstwo zwane calciopoli. Nagle stały porządek przewrócono do góry nogami, mistrzów wygnano, a samozwańczy król ekscytował się swym złudnym piedestałem.

Powołuje się na precedens z 2006 roku bo historia lubi powracać, a symptomy nawrotu narastają z każdą kolejną Victorią. Był pewien piłkarz któremu Sardynia winna znudzoną trampoliną stała się za ciasna, wodzący myślami czuł magię wielkiego calcio, batalii zwieńczonych owacją tłumy. Choć imię jego nie brzmiało Adam zwieść kobiecie dał się. Odurzony wonią starego miasta i głodnej wilczycy pakt wrogi podpisał, a drogi jego bogactwem skąpe się stały. Tak o Radji  Nainggolan mowa, Iron Maiden włoskich boisk robi co może by dla przeciętnego Romanisty stać się świętszym od Papieża."Nienawidzę tego klubu, od zawsze. Mam do nich taki stosunek, ponieważ zawsze wygrywają dzięki rzutom karnym lub wolnym. Trafiłem do Romy właśnie po to, aby odebrać im mistrzostwo Włoch"- palnął ślepakiem z pokracznością Charlie Chaplina. Dialog z tym człowiekiem ma tyle sensu co poszukiwanie Świętego Graala. Jego zgryzota kipi bezradnością, jakby nie dostał cukierka po wizycie w cukierni. 

Jeśli wejdziesz między wrony musisz krakać jak i one, sęk w tym, że krakanie stało się łabędzimi śpiewem, fakty swoje a oni swoje: "Komentatorzy RAI Sport powinni się wstydzić podkreślając wspaniałe rezultaty Juventusu na własnym boisku, bo kiedy patrzą na rachunek bankowy złodzieja, to nie biorą pod uwagę pieniędzy, które ukradł. W miejsce złodzieja wstawcie Juventus. To skonsolidowany system, który zawiera kluby satelickie. Spójrzmy tylko na Atalantę, która grała z Napoli z największą wydajnością w życiu, podobnie z Romą. Do tego sprzedają Juventusowi swoich najlepszych młodych graczy"- małostkowej mentalności nie da się ukryć, przykryć pod płaszczem efektownej gry. To natura która prędzej da o sobie znać.

Złotoustni mają więc swoje żniwa, Juve bezlitośnie ogrywa swoich największych rywali, ci bronią się zza medialnym szkłem. Bianconerich mogą się czuć jakby nieustanie stawali przed Komisją Śledczą, tu De Laurentiis dorzuci trzy grosze karykaturalnym protestem, gdzieś indziej w czerwono-czarnej części Mediolanu krzyczą "kradzież!!!", podczas gdy na San Siro pieczętowali triumf równie uprawniony co wybory w Korei Północnej, a i w piątkowy wieczór jedynie przez błędy sędziowskie mogli łudzić się remisem. Krajanie zza między popadli na tyle w fobie Juventus, że innego tłumaczenia jak "Juve" nie uznają. W to mi graj drogi Neapolu, to credo Rzymian których gablota świeci pustkami.
Przytaczanie bilansu błędów na korzyść poszczególnych drużyn mija się z celem. To winny się tłumaczy, bronić swojego nie wypada. Oskarżenia z Neapolu są tyle zasadne co Boski bakcyl Diego, obarczony świętokradztwem, dla Rosonerich ostatnia klęska łagodzi zgagę rozczarowania. Jeszcze niedawno głośno spekulowali o Scudetto, dziś Europa staje się odległa, a Chińczyków wciąż ani widu ani słychu. Retoryka Anty-Juve zakrawa o zabawę z dzieciństwa "pomidor". Podpiąć pod hasło "Juve" można wszystko. Kto sprowadził Nas na ziemię?- Juve. Kto obalił mit wielkiej Romy?- Juve. I tak w koło Macieju...

Kto bez win niechaj pierwszy rzuci kamień. I nagle z wybiórczą pamięcią, bo pierwsza składnia zdania odfrunęła, rzucają się wszyscy którzy od lat dla swoich niepowodzeń mają jedno imię- Juventus. Juve zawsze było o krok przed innymi, sportowe, organizacyjnie, mentalnie. Władze się zmieniały, piłkarze przychodzili i odchodzili, tendencja pozostała. Grupowa histeria dowodzi, że porządek naturalny nie jest siłą sprawczą rodu Agnellich, nie jest nieprawością wielkich calcio. To nic innego jak stan oddający boiskową rzeczywistość.  

Psy szczekają, karawana jedzie dalej. Blady strach przed Starą Damą przejawia się na każdym kroku. Nie mogą na boisku więc szukają poza nim sposobności by dokonać abdykacji. Dopóki to będzie jedynie lepki język możemy odpowiadać- pomidor. Choć do aneksji Krymu prowadziła agresja na poziomie werbalnym tak więc strzeżonego Pan Bóg strzeże. Wracamy do stałego klimatu, prognoza na dziś: +8, wiatr stały ale umiarkowany.  
 
Fino Alla Fine
Forza Juve

sobota, 11 marca 2017

Krótko i długo terminowe lokaty Marotty

Pokaż mi swoje transfery a powiem Ci jakim jesteś dyrektorem sportowym. Niby banalne a jednak trafnie oddaje umiejętności handlowe. Taki Marotta zastał Juve drewniane (dosłownie patrząc na artystów jak Grygera) a dzierży diamentem murowane. Nic odkrywczego, każdego lata wychodzimy na jakościowym plusie przy wymianie trybików, a ja znowu popadam w truizmy. Wzmocnić, najlepiej tanio i przy okazji odmłodzić- credo proste jak przepis na lasagne. Dodajmy resztę warunków jakie spełnić musi potencjalny nabytek Starej Damy i od razu mamy w kolejce towarzyszy z Mediolanu. Już Moggi użerał się z natrętnym rywalem, widocznie tak skonstruowano ten świat, jedni szukają, inni kradną. Żeby nadal wyławiać najlepsze co ziemia Włoska (i nie tylko) wydała i nie zamieniać Vinovo w Lechię z czasów kadry niemal dwuzmianowej trzeba gdzieś upychać potencjalnych kserówek Barzagliego, Cuadrado, Khediry. Bo czy kolejny Pjace w kadrze nie przyrośnie do ławki?

Dawniej było bardziej wygodniej z punktu widzenia klubowego stołku. Współwłasności rozwiązywały problem wąskich kadr i ogrywania tych przyszłościowych. Dla piłkarzy handel żywym mięsem wiązał się z kilkuletnią tułaczką, to ciepły Adriatyk w Bari, to kontynentalne powietrze Bergamo, a do punktu docelowego wciąż daleko. Kosztem obniżenia dealu o kilkaset tysięcy, dorzucani jak niechciany prezent świąteczny. Piłkarski UNICEF zrobił swoje, koniec precedensu „wiecznego talentu” utkanego w Serie C. Vivat wolny handel!

Globalna tendencja multi-kulti czytaj w ujęciu piłkarskim- kupuj nie produkuj szybko znalazła sympatyków, coraz mniej wychowanków, coraz mniej wyławianych pereł, bo zawsze można ruszyć po gotowca z Monaco, Lyonu lub dla bogatszych towar ekskluzywny- produkt akademii Benficii. Być może gdyby nie bieda i mniej bunga-bunga Silvio taki Donnarumma przepadłby jak Aubameyang. Nawet w Katalonii spasowali z wychowywaniem, nowy Iniesta nie będzie obdarzony DNA Dumy Katalonii wyssanym z La Masii, zaoczny kurs tiki-taki wystarczy. Nie tyczy się to samych wychowanków, kreowanie na własny rachunek stało się zbyt żmudne i czasochłonne. A inflacja rośnie, kopnie dwa razy dobrze piłkę, ugra trzy spotkania na krzyż i już cena zbliżona do rekordów transferowych sprzed dekady. I weź tu tanio kupuj.

To, że z młodzieżą w silnych klubach bywa problematycznie wiedział już Rousseau pisząc „Emil, czyli o wychowaniu”. Ogrywać za bardzo nie ma kiedy, potyczek w krajowych pucharach naliczy na palcach obu rąk, a czerwonych latarń w lidze jak na lekarstwo dla oportunistów rotacji. Skoro zamiłowanie baby coacha Wengera by stawiać na zdolnych małolatów z roku na rok opada to świadczy o czymś. Temu to i tak skradną to o najlepsze. Sparzony Comanem i wszelkiej maści Marrone i Bouy`ami, Marotta postawił na bardziej empatyczną strategię. Kupujemy i wspomagamy zaprzyjaźnionych biednych krewniaków, a kiedy pojawi się wakat będziemy mieć gotowca. Ludzkie i jednocześnie Krakowskie jak brudne powietrze. Niemal system stażowy wykorzystywany przez PUP-y. Wystarczy wbić na wikipedie by zobaczyć rozmiar kolonizacji Starej Damy. Gros młodych Juventich na delegacji nigdy nie powącha szatni pierwszej drużyny Juve. Oko wielkiego brata równie czuje co mgliste, tak więc geneza zezowatej intuicji została wyjaśniona.

Towarzystwo ogrywający się mały zebr rośnie w siłę. O ile Caldara wkrótce nie będzie czuł kompleksów wchodząc do membran J-Stadium to o reszcie możemy rozpamiętywać kategoriami przeciętnej inwestycji. Fakt, byłoby co wygrzebać gdyby przyszła nagła potrzeba. Rzekomo chodzący po głowie włodarzy Barcelony Pol Lirola wytracił impet z początku sezonu, Alberto „klon Immobile” Cerri prochu nie wymyśli, przydatność Leonardo Spinazzoli wzrasta wraz z fiaskiem na pozyskanie Sead Kolašinaca, ktoś musi odczepić ociężały wagon z Ghany. Turyńskie satelity będą miały jeszcze większe pole obserwacji, Allegri nie pomieści w rotacji kolejnych, ofensywnych wariantów jak Betancur, nie wspominając o Panu "ulubiona jedenastka" Spalletti. 

Patrząc na Roland Mandragore człowiek widzi nowego Verrattiego zawieszonego jak Windows podczas aktualizacji, kompletnie stracony sezon podczas gdy w niejednej Pescarze przygarnęliby z pocałowaniem ręki. To, że można produktywnie wykorzystać okres stażu pokazał Caldara, nie dość, że holuje Atalantę do Europy to jeszcze zapewnia Starej Damie na obczyźnie trzy punkty, czysty biznes. O 22-letniego defensora możemy być spokojni, szybko staje się klasowym obrońcą a i miejsce do rozwoju wprost wymarzone. Z obcym wychowaniem zmierzą się również pozostałe ostatnie wzmocnienia Marotty. Trudno oczekiwać by Orsolini w lipcu był graczem gotowym załapać się do rotacji Starej Damy skoro bardziej ograny i fizycznie gotowy Marko Pjaca ma problemy. Bentacur także będzie potrzebował miesięcy na zaznajomienie się ze specyfiką calcio podobnie jak wracający jak bumerang w spekulacjach Lyanco. Jest ciasno, a może być jeszcze bardziej. Tym bardziej, że miejsce dla gracza spoza UE będzie w cenie.

Marotte zawsze postrzegałem jako ostoje rozsądku w czasach transferowej inflacji, kalkulacja do takiego stopnia, że nawet stojąc obok Rockefellera uchodziłby za tego oszczędnego, typ wyzbyty natury hazardzisty, jakby kupował za swoje. Dopiero transfer Pipity pokazał, że czuje rock`n`rolla. Z nowy nabytków Starej Damy najbardziej cieszą się w Empoli lub Sassuolo,  gracz ze sporym potencjałem na rok, w dodatku darmo? Tylko Lotito kręciłby nosem. Z koloni bianconerich można by zebrać jedenastkę na miarę Serie A. Nie ma w tym nic nowego, Marchisio wykarmiła obca pierś, podobnie jak Giovinco choć ten akurat proporcjonalnie do swojego wzrostu osiągnął w barwach Juve.Turyńskie imperium jeszcze chętniej będzie wysyłać do fili swoich stażystów, kupować zanim cena nie sięgnie absurdu i czekać aż odchowają. I tylko żal Berardiego. 


Fino Alla Fine
Forza Juve

czwartek, 9 marca 2017

Przeciąganie liny- czyli Turyński poker o władzę totalną

Gdyby chociaż ćwierć spekulacji medialnych miało potwierdzenie w rzeczywistości, beztroski Beppe Marotta rzadziej chodziłby z uśmiechem a`la sołtys z prowincji. Nucąc pod nosem Zenka Martyniuka może nadal bawić się w ciuciubabkę, a nas trzymać w przedsionku ery „post Allegri”. W sumie, Juventini nie powinni narzekać, o czymś trzeba pisać, a przynajmniej wirtualna przeprowadzka Dybali straciła w oczach dziennikarzy kategorię „Breaking”. Łamiące za to mogą być najbliższe tygodnie. Gra warta świeczki-pełna pula, totalna kontrola, monarcha absolutna w państwie hegemona. Jeśli wierzyć Oscarowi Wilde- Każda władza degeneruje człowieka, możemy mieć pewność, że rozwód przyjdzie zanim Gigi Buffon rozanieli się emeryturą.

Zakładając, że limit niewypałów media wykorzystały w nadmiarze i temat „Allegri odchodzi z Juve” jest pewniakiem jak Arsenal można darować sobie dalszą lekturę. Oh wait. Teraz chorągiewki zmieniły kurs. Plotka jak plotka, ale tendencja zmierza w ciekawym kierunku. Nowy kontrakt, związek odświeżony o 4 lata i 5 milionowe kieszonkowe na waciki. Żeby jakiemuś wyrobnikowi samowolka bokiem nie wychodziła, pełna swoboda w decyzyjności pierwszej drużyny i jak można się spodziewać ostateczne „tak” w transferach. W tym miejscu Antonio Conte szeroko się uśmiecha, a Agnelli sięga po papierosa. Miał być taki potulny, sporo nam zawdzięcza, a tu po 3 latach powtórka z rozrywki. Pułkownik Kurtz zaczyna jawnie budować swoje quasi-państwo. To jeden z tych momentów gdy polityka ma więcej wspólnego z piłką niż wieczorne wydanie Wiadomości. Trójpodział władzy czy subtelna centralizacja? Podobno dywagacje o wartościach i ugruntowanych poglądach prowadzą albo do awantury albo do kieliszków. Pierwszym i drugim pogardzę ale od klarownego pytania nie ucieknę- Czy warto za wszelką cenę ciągnąć toksyczne lovestory?

Nie mam zamiaru się powtarzać, kadencja nerwusa z Livorno jest na tyle owocna by o rozwodzie pisano jedynie w sferze fantasy, było. To związek, który służy obu stronom, Stara Dama kipi wigorem i wciąż zawstydza całą Italię, a jej orędownik ponownie jest „hot” i ponownie kroczy drogą wielkich rodaków, było. To już wiemy, wiemy również, że despota ma swoją suszarkę, lubi walnąć pięścią w stół i jak przystało na członka rodu Bianconerich uzależniony jest od glorii zwycięstwa. Po kilku latach chyba już nic nie wypełźnie na światło dzienne. A dla będących w stanie małżeńskim z większym stażem jak mój chyba nie trzeba tłumaczyć, że jeśli do tej pory nie poszedł do innej to mu zależy. Pięknie ale jest jeden ambaras, skoro kocha, lubi i szanuje to czemu zachowuje się jak klasyczny czarny charakter z latynoskiej telenoweli?

Allegri jest cwany, za nim ponownie powie „si” chce spisać intercyzę. Stawka toczy się o coś więcej niż bezpośrednia władza, to walka o manifest jakim inicjowano totalitarne podwórka, a sprzeciw ciszą milkł. By patrzeć z góry na każdego i czuć woń własnego „ja”. Takiej władzy jaką żąda Allegri ma niewiele kolegów po fachu. Żaden Bonucci nie wychyli się już przed szereg, akty nieposłuszeństwa będą piętnowane, aż nawet syci nabiorą wody w usta. Żadnych świętych krów, żadnej demokracji, to nie prym Kononowicza z cieniem Machiavellego, to jawna despocja.

Jeśli wierzyć plotce, która zrodziła czytane linijki, W ten oto sposób do stołu podejdzie dwóch graczy. Pierwszy ma z góry lepszą pozycję, zna karty rywala i sam posiada asa w rękawie, Barceloński blef może okazać się pewniakiem albo i nie, w razie czego Londynem można postraszyć, poza tym, nie gra va bank i bez problemu może odejść od stołu. Znając zdolności Marotty do kantowania (patrz- zagrywka z transferem Pipity) zostanie rozczytany zanim mrugnie. Poker star dla ułomków, w żadnej alternatywnej rzeczywistości nasze panoramiczne poker face nie poczułby Vitorii, nic poza obecnym stanem ugrać nie może. 

Co zgubiło obecnego trenera Chelsea ma stać się orężem bardziej lajtowej wersji autokraty? Antek był swoim chłopem, swoje wybiegał i zostawił na boisku dla Starej Damy, tknął życie gdy inni stawiali świeczki na Turyńskim gigancie. Cokolwiek Max nie zrobi to zawsze będzie obca krew, nadal niosąca życie i emanująca wielkością ale jednak obca. To jak oddanie Białego Domu w ręce Terminatora z Austrii. Rzecz wbrew tożsamości,naturalnemu porządkowi i logice. Dobrowolna abdykacja zarówno Agnelliego jak i Moratty z czasem wypędzi Bonucciego w kozi róg a Dybali da powody do bukowania biletu do bardziej słonecznej części starego kontynentu. Z czasem król okaże się nagi i samotnie kroczy po swoich włościach. Niech francuski nestor świeci przykładem.

Chciałoby się napisać coś o nowej umowie Dybali, pojawiającym się na horyzoncie Verratiim lub innym nowym cacku Marotty. Biegle oddać stan rzeczywisty zamiast snuć antyutopijne scenariusze. Średnio widzę wizję Włoskich rządów żywcem wyrwanych z czasów Sir Aleksa Fergusona, nie te miejsce, nie ten klimat, nie ten człowiek. W przepychaniu liny staje z boku. Ani pełnia władzy w rękach Allegriego mi nie pasuje, ani pożganie nie wydaje się atrakcyjną opcją. Parafrazując słowa Hirka Wrony: Niech wygra Juventus.  Tym bardziej, że bliżej mi do słów Orwella niż Wilda: Władza polega na poniżaniu i na zadawaniu bólu. Władza oznacza rozrywanie umysłów na strzępy i składanie ich ponownie według obranego przez siebie modelu. 
 

Fino Alla Fine
Forza Juve

wtorek, 7 marca 2017

Z dużej chmury mały deszcz- Rok Pjacy może jest przestępny ale jedynie w zapowiedziach

Mama mawiała, że z butów można wiele wyczytać. Dokąd dana osoba idzie, gdzie była. Schodziłem wiele par butów. Jakbym się postarał, to pewnie przypomniałbym sobie moją pierwszą parę. Mama mówiła, że zaniosą mnie wszędzie. Mówiła, że to magiczne buty- przyjmując kryteria rodzicielki Forresta Gumpa o wschodzącej „gwieździe” Juve uzyskamy wiedzę na poziomie użyteczności programu tv sprzed kilku miesięcy. Po świeżutkich i stylowych Nike`ach młodego Chorwata nic wyczytamy. To nie te czasy gdy buty wystawiały recenzję swoim posiadaczom. Z tym Pjacą jest jednak jak z potworem z Loch Ness, przesada? Może jak z wiecznie młodym Machedą? Wprawdzie nie ma co oceniać dnia przed południem ale z nieustanym przeświadczeniem każdy kolejny występ rodzi pytanie: „Serio taki dobry?”. To ma być rok Marko Pjacy, prawdziwa eksplozja po której nie będzie żadnego ale i żadnych wątpliwości.  No cóż Panie Allegri, Pana plac zabaw, Pana zabawki. 

Nie ma lepszej trampoliny do poważnej kariery lub głośnego transferu jak wielki turniej. Wprawdzie ani Chorwacja nie podbiła Francuskich boisk ani Pjaca nie grał pierwszych skrzypiec w drużynie Ante Čačića ale o byłym już skrzydłowym Dinama często ćwierkano w całej Europie. Taki Ziober mógł pomyśleć, że Pjaca to człowiek wyciągnięty z kapelusza. Paweł Sibik w wersji delux, żaden grajek więc można wrócić do tego koszmarnego Lukaku. Chłopak który, przed ukończeniem 21 roku życia miał na koncie ponad 100 rozegranych spotkań w rodzimej Ekstraklasie wykorzystał swoje „5 minut” ze sporym VAT-em. 100 minut z niewielkim okładem w sumie w trzech meczach i świetny bój z Hiszpanami sprawił, że z opchnięciem kolejnego, wielkiego talentu z Bałkanów problemu nie było, a cena podobno promocyjna- jedynie 23 mln. Póki co kategoria „Kot w worku” jest na miejscu, ale kredyt zaufania wciąż widnieje, jak na razie mocno na krechę.

Po takim Marko Rogu widać jak na dłoni, że za głośną famą szedł prawdziwy talent. Długo witający się z calcio lub trawiący rotację a`la Maurizio Sarri niemal z miejsca wykorzystał szansę. Droga obu „diamentów” w zasadzie identyczna, sytuacja w nowych realiach również. Różnice pojawiają się na samej murawie, gracz Napoli szybciej pojął zasady jakie rządzą Serie A. Nie dać zrobić z siebie głupka- jak określił Antonio Rüdiger, o tym nasz Marko raczej nie słyszał. Występy młodego Chorwata świadczą o słabej obserwacji albo braku piłkarskiego IQ. Etatowy jeździec bez głowy popełnia grzech za grzechem. Pokutna ławka raczej krzepi recydywę, efektowny a nie efektywny, szybki ale nie błyskotliwy, dynamiczny ale nie gwarantujący dynamiki na skrzydle. Kiedy zabiera się z piłką wygląda jakby szykował pucz na najlepszych w swoim fachu i już dziś był gwiazdą światowego formatu. Ot taki trailer za nim doczekamy się premiery pełnej wersji.

Gdyby skupić się na samych skillsach, Pjaca z miejsca robi wrażenie, szybki, silny, ze świetnymi warunkami fizycznymi- typowy chłop jak dąb z Bałkanów, ze znakomitą techniką użytkową i petardą w lewej nodze, zgadza się wszystko do momentu gdy trzeba dar od Boga przelać w ligowej kolejce. Nagle okazuje się, że za sporym zamieszaniem jakie Chorwat niewątpliwie potrafi zagwarantować nie idzie nic produktywnego dla drużyny. „Marko to mix Cristiano Ronaldo i Kaki”- kompletował swoje oczko w głowie agent, dodatkowo los sprzyja, nowe ustawienie w którym mógłby czuć się jak ryba w wodzie, zaufanie trenera, rodak potrzebny do adaptacji, do tego dochodzi ogromna wiara w Chorwacki skarb- "Team Pjaca" na Twitterze ma się dobrze. Widocznie każdy ma swojego Gabigola.

Podobieństw do Brazylijczyka nie brakuje, obaj w ojczyźnie uchodzili za wielkie talenty, przebojem wyrwali się na zagraniczne wojaże, obaj kosztowali całkiem sporo i obaj z grą mają spore problemy. Jednak to Chorwat zyskał więcej w pierwszych miesiącach pobytu w Serie A. Pomysłów na Marko w Juve nie brakuje. Atak na większą skalę Allegri budował z myślą o wykorzystaniu Pjacy, wcześniej koncepcja z rolą środkowego pomocnika narobiła całkiem sporego szumu, niestety tylko wirtualnego. Takie gmeranie pod zawodnika jak Ancelotti z Yoannem Gourcuff.
Ok, nie każdy jest Patrikiem Schickiem lub young Simeone, a Juve to nie spokojnie peryferie, gdzie można posmakować mozzarelli i cierpliwie czekać aż rzucą Cie na głęboką wodę, a w razie wpadki czeka parasol ochronny. Być może Pjaca ma papiery na grę ale zgubił je w drodze do Italii. Miał z fantazją podbijać calcio, tymczasem dostosował się do obecnego trendu, podobnie jak inne „objawienia” Francuskiego Euro z mizernym skutkiem rozpoczął podbój klubowej piłki. Oczekiwania są duże ale umówmy się, za czapkę gruszek na J-Stadium nie trafił, nie wiem czy Marotta padł ofiarą zbiorowej fascynacji czy wcześniej obserwował Pjace ale powoli stajemy się świadkami precedensu naszego Kojaka od transferów.

Nawet biorąc poprawkę na pechowy początek na ziemi Włoskiej i kontuzję, niezaspokojony apetyt jest uzasadniony. Okazji do przełamania nie brakowało, utrata cnoty okraszona upojnym golem z FC Porto powinna zdjąć presję, teraz będzie z górki. Jak chce to potrafi! Oglądanie tego chłopaka w akcji to czysta przyjemność gdyby nie jeden drobiazg, że w piłce chodzi o coś więcej niż ładne dla oka popisy. Pełen nieporadności, braku cierpliwości i zagubiony jak dziecko we mgle, a może w drugą stronę, z potencjałem na wielką piłkę, nad ambitny i potrzebujący czasu? Na małe pocieszenie pozostawię wspomnienie z letniej gównoburzy gdy krajowi masochiści Ekstraklasy nie mogli strawić różnicy w cenie Kapustki. Być może nasz Forrest potrzebuje Jenny by odnaleźć się w świecie wielkiej piłki.
"Biegnij Marko, Biegnij!!!"

Fino Alla Fine
Forza Juve

sobota, 4 marca 2017

Casting do raju- czyli jak będzie wyglądał wybór nowego trenera Starej Damy

Piękne życie mamy w Turynie, miasto przyjemne, powietrze świeże i klub grający w innej lidze. W gruncie rzeczy dowodzić tym orszakiem to dar z niebios. Obecny dzierżyciel opatrzności trafił z łapanki. Jakby archanioł zstąpił z nieba i przekazał radosną nowinę. Ale było to tak: po dezercji generała Conte nie było czasu na przegrzebywanie w katalogu CV, sortowania pod względem sukcesów i warsztatu, wybrzydzania godnego hegemona, to był szybki skok na karuzelę, nieco bardziej kontrolowane koło fortuny. Ten z Livorno jest wolny od ręki, zdobył już mistrzostwo, całkiem łebski gość, a poza tym tylko idiota zepsułby ten potencjał i raczej nie będzie marudził i propozycję przyjmie z pocałowaniem ręki. A jaki będzie wdzięczny! Uwierzcie albo nie ale tak to wyglądało, zegar tykał, Agnelli wypalił całą paczkę, a Marotta zastygł ze zmarszczony czołem, głos rozsądku zburzył tą orgię zblazowanego Stańczyka. Teraz ma być pełna profeska, taki Higuain wśród trenerów, „big name” by rywale poczuli, że sytość jest nam obca.

Jedyną rzeczą jaką znam z historii zboka Grey`a jest zwrot „Ty chory pojebie”. To wyrażenie musi być najkrótszą charakterystyką potencjalnego następcy Allegriego. Muminek z nudnym hobby i manierą a`la elegant modniś z Insta prędzej rozbawi Chielliniego. Panie Mancini więcej testosteronu nic by nie dało i tak telefonu nie będzie. W Turynie zawsze przedstawią przed Tobą konkret- scudetto i podbój Europy. Możesz być Pepem Guardiolą lub Cześkiem Michniewiczem nasz łubu-dubu Prezes z obsesją maniaka trollować będzie Twoje podejście do piłki, aż za pięć dwunasta zapiejesz Fino Alla Fine. Mechaniczna pomarańcza wyciśnie każdego, patrzcie na Maxa, jeszcze parę lat temu do rany przytul, nawet na Podina bykiem nie spojrzał, a teraz z manii wielkości nawet chce odpuścić walkę o kolejne tytuły. Nowy kustosz najbogatszej galerii piłkarskiej na ziemi Włoskiej niezależnie od tego jaką filozofię reprezentuje i co osiągnął musi mieć świadomość, że w oliwnym gaju gdzie wilczyca jest potulna jak typowy mops a błękit nieba ma najpiękniejszy blask jest pewien krzew który rosnąć będzie jedynie przy wytrawnym ogrodniku.

Tony Blair powiedział kiedyś o Sir Aleksie Fergusonie, że jest człowiekiem kameleonem, w jednym momencie na zawołanie może być przyjacielem, ojcem, księdzem, psychologiem, a nawet kochanką, tego ostatnie nie wiem czy ktoś praktykował, bynajmniej fenomen nietuzinkowego Szkota opierał się na casusie Nikodema Dyzmy, grunt to właściwa adaptacja, resztę można podporządkować pod własne „ja”. Pozytywny egocentryzm? Nie wiem, jednak w tym tkwi recepta na przyszłego coacha Starej Damy. Miejsce gdzie zwycięstwo jest naturalne jak made in China na Krupówkach przysługuje równie urodziwej w Wiktorie personie. Konkrety:

DNA mistrza

Spalletti, Di Francesco, Paulo „rany Boskie” Sousa? Pierwszy pomimo leciwych lat wciąż wypatruje pierwszej patery, drugi small Allegri nie bez przyczyny nadal męczy się na peryferiach, trzeciego przemilczmy mając w pamięci sezon 1995/6. Można tak odstrzelić jeszcze kilku kandydatów, ale po co? Człowiek który w sumie nic nie wygrał? To byłoby jak obecność Pitbula na albumie Kendricka Lamara. Weźmy takiego Moyesa, jego dar z niebios wyglądał jak prawdziwe Inferno. Człowiek pasujący do obrazka Mistrza Anglii jedynie po ingerencji Photoshopa. Agonia, której w Turynie nawet Del Neri nie stworzył. Musimy być wybredni.

Nie taki święty

Używki w tym miejscu są jak Cassano w nocnym klubie. Jakoś żyć trzeba i lepiej nie wylewać za kołnierz. Maurizio Sarri zbiera pełną pulę- może kurzyć z szefem na legalu. Nie szukamy wyplutego nad ranem żula ale człowieka z delikatną rysą. Taki mały grzeszek z którym nie pójdzie do konfesjonału. Coś co zluzuje nastroje gdy Bonucci będzie miał zły dzień, a fochy Dybali wrócą z dwojoną siłą.

Pasujący do rodzinnej fotki

Allegri- ten to potrafi drzeć koty i nie pisze tego z przekąsem. Sztuka lingwistycznej wojny kwituje dobrego trenera. Pokazać swoje rację, a jednocześnie nie wysadzić szatni. Od Paolo Montero po obecnych „wyrobników” kłótnia jest wpisana w życie rodzinne niemal jak miłość. „Nie musicie się kochać, wystarczy abyście znali swoje miejsce”. Mniej więcej tak to ma wyglądać.

Włoch albo Simeone

Włoska krew to podstawa. Stranieri na ławkach trenerskich padają z impetem rozpędzonej czarnej limuzyny. To jak z wejściem do kręgu nowego towarzystwa, obcy ma okrojone prawa, fajnie jak postawi kolejkę, gorzej gdy na krzywy ryj wbije się na domówkę. Nawet Zdenek z Pragi farbowanym lisem pozostanie po wieki. Calcio bywa hermetyczne, piłkarze specyficzni. Momentami wygląda to jak liga wariatów, niespełnionych artystów i kilku przyzwoitych gości. Trzeba się połapać, że bycie lepszym to zbrodnia, a w Neapolu lub Mediolanie psychoza często daje o sobie znać gdy padnie termin „Juventus”. Żeby nie wyglądać jak stróż w Boże Ciało z jakimś sezonowym szarlatanem bierzemy Włocha albo kogoś z kto wie czym jest sukces przed duże „S”. S jak Simeone.

Szyk musi być

Wizualne wrażenie: w tej kategorii Sarri traci kontakt z rywalami. Juve z nowy logotypem nie może wracać do XX wieku i stylu by rasowy ligowiec. W dresie do warzywniaka i po bułki, Gianni Agnelli nie po to wałkował przez lat o kulturze bycia Juventim, aby nowy coach zaliczyć regres cywilizacyjny.

Taktycznie niuanse

Ale żeby tak nie wylał dziecka z kąpieli. O tym, że można przesadzić z własną ideą wiedza dobrze w Monachium. Wizji Pepa starczyło na krajowe rozgrywki, w Europie było blado. To spore uproszczenie przygody Katalończyka w Bawarskich pieleszach ale stanowi wzorowy przykład, że można idealnie ułożony zespół zmienić w dziwny twór. Oczywiście, nie szukamy trenera o prostocie budowy cepa ale niedoszłym mędrcom o łatce intrygującego fachowca mówimy nie!

Jest nudne majowe popołudnie, szóste Scudetto w nowej erze zdobyte, Paratici poprawia włosy i pyta co dalej, Marotta siorbie lekko chłodne latte macchiato myśląc o Verrattim w koszulce w biało-czarne pasy. Agnelli mówi, że Sarri to swój chłop i w Neapolu znów będą kipieć ze złości. Nagle Beppe z panoramicznym uśmiechem wypala: „To Spalletti, niech w Rzymie wiedzą gdzie ich miejsce”. „Ale on nigdy nie wygrał Scudetto”, jak piłeczkę odbił wesoły Fabio. I meda z tym, był w Rosji, to znaczy, że wiele możesz wytrzymać, podobno gra ładnie i może jakiegoś Salaha ze sobą pociągnie. Jednak Angelli pozostaje nieugięty, w tym Luciano coś mi nie gra. Nie, że nie lubię Eiffel 65 ale on jest jak tiramisu z Biedry, niby to tiramisu ale za cholernie nie smakuje jak tiramisu. Wiecie Panowie, ale opowiem Wam taką anegdotę:”Pewien koleś wychodził z domu do pracy i zobaczył na ziemi ślimaka, wiec poniósł go i przerzucił ponad dachem na drugą stronę. Ślimak poobijał się, ale mógł jeszcze chodzić, więc ponownie obszedł cały dom i zatrzymał się w tym samym miejscu co wcześniej. Pech chciał, że facet akurat wtedy również wychodził do pracy i zobaczył tego samego ślimaka. Skonsternowany podszedł do niego i pyta: O co ci ku.rwa chodzi?" Non capisco- palną strapiony Marotta. To zaczekaj do jutra.
A my do końca sezonu.


Fino Alla Fine
Forza Juve

czwartek, 2 marca 2017

Gonić królika można różnymi śćieżkami

Elastyczność- to pierwszy termin z jakim trzeba się zaznajomić wchodząc do szatni Bianconerich. Podczas gdy Antonio Conte w świątek, piątek wychodził z założenia- po co zmieniać skoro lepsze jest wrogiem dobrego, jego następca lubi zaskakiwać rywali i swoich podopiecznych. Od 3-4-2 przez błyskotliwe 4-2-3-1 po 3-4-2-1, ewolucja która Karola Darwina pozbawiłaby reszty owłosienia. Łyso zrobiło się jednak komuś innemu, twierdza J-Stadium i jej Quasimodo niemal padła od własnej broni. Nowe ustawienie sprawiło więcej problemów podopiecznym Allegriego niż klującemu po wpadce z Atalantą rywalowi. Mniejszego chaosu nie spotkamy nawet przed dziekanatem podczas sesji lub w kolejce w czasie gorączki świątecznej. Pożar ugaszono i niby można przejść do rzeczywistości jednak mam dziwne przeczucie, że niespokojny duch znów da znać o sobie.
Sięgając pamięcią początków Allegriego na J-Stadium, stabilizacja była sposobem na wszystko. Juve pogrywało sobie w trybie „bazujemy na tym co jest” lub „nic nie popsuć póki działa”. Szyld wciąż ten sam ale sterownik inny, jednak na murawie ciężko było się połapać, że Conte nie pracuje już w Turynie. Max długo czekał by przemycić głębszą myśl, ustawienie z trójką z tyłu było na tyle bezpieczne i gwarantowało dobre wyniki, że chociażby drobna rewolta przepadała jak weekendowy drink podczas postu. Materiał wręcz skrojony na miarę i ciężko było z garnituru zrobić smoking. Ok, Juve z miesiąca na miesiąc zmieniało image, opcja z czwórką defensorów i rombem w drugiej linii wynikała z chęci pomieszczenia bogactwa, bo czy Pogba lub Marchisio zgodziłby się na ławkę? Korzystać z tego co jest, a nie bawić się filozofię. Z czasem Allegri przypominał pewnego gringo który przemierzając pustynie konną, prędzej pogodził się z rolą biernego pasażera niż nadawał kierunek wędrówki.
Wraz z drugim sezonem przyszła wymiana kręgosłupa, a z nią wymuszone wyjście z cienia poprzednika. Opcją nr 1 ponownie stała się klasyka- kwitnące trio BBC i nowa formuła środka pomocy. Po strawieniu drogi krzyżowej z początku rozgrywek, oglądało się to z wyraźnymi rumieńcami. Z boiskowych realiów można było wyciągnąć kilka wniosków: Pan Allegri czuje balans drużyny, nie szuka po omacku, potrafi zareagować gdy postawi na niewłaściwego konia, stara się wycisnąć maksa z tego co ma na warsztacie. W skrócie, jak mało kto potrafi subtelnie przyznać się do nietrafionych wyborów. Gdy pomysł z trequartistą pozostał w sferze planów błyskawicznie spasował z góry przegranego Hernanesa, podobnie podchodził do innych wpadek- „to nie było na poważnie, badałem jedynie grunt”. Nie pałający sympatią do byłego coacha Milanu wielokrotnie zarzucali braki warsztatowe i flegmatyczne ingerencję. Jednak z czasem widzimy, że to nie kwestia krawca lecz materiału

Po co więc przestawiać dobrze pracującą i naoliwioną maszynę? Cóż, nie trzeba być wytrawnych obserwatorem by to dostrzec, zbyt wiele talentów marnowało się na ławce i co niektórym zaczęło to przeszkadzać. Wycisnąć jak najwięcej z tercetu (Pipita-Dybala-Mario) ofensywnego, to główna idea jaka chodzi po głowie Allegriego w tym sezonie, nie licząc deszczowego Londynu i Arsenalu. Wraz z przybyciem Pipity na J-Stadium wszyscy jak jeden mąż założyli, że duet HD pociągnie do kolejnych triumfów, a reszta siłą rzeczy odnajdzie się w nowych trybach. Szkopuł w tym, że machina coraz częściej zacinała się pomimo sprawnych tłoków i pełnego paliwa. Idea z trójką w obronie wyblakła, taką Starą Damę połowa Italii rozczytała, wysoki pressing i piłka w posiadaniu, na wyjazdach aż nadto chłopcy Allegriego odsłaniali gardę. Zagubiony Pjanić, skrzydła wyzbyte błysku, może przy spięciu pośladków na Napoli i Romę to wystarczało ale nie Maxowi.
Zacznijmy częściej atakować, wróć- atakować większą liczbą graczy, odkrywcze co nie?! Dodając potencjał szybkości Cuadrado i wszechstronnego, na nowo odkrytego Mandzukicia, może przestaną gadać o pięknym calcio Napoli, nawet taki Pjaca poradzi sobie w takim układzie. Nie dość, że od inauguracji Starej Damy po liftingu w meczu z Sassuolo bramki przychodzą łatwiej to i defensywie lżej w okrojonym towarzystwie. Bilans bramkowy 18:2 w ośmiu spotkaniach i komplet zwycięstw, do uzupełnienia kolorytu pozostaje wizualne wrażenie. Choćby ostatnie 45 minut na J-Stadium pokazują, że bardziej poluźnione lejce w ofensywie wyjdą na dobre nie tylko tym, niepewnym składu. W wielu elementach nawet drobna kosmetyka nie była potrzebna. Spokojne rozegranie od Buffona z literą V, a więc na boki i delikatnie przenosimy się na środek boiska, środek drugiej linii na starych patentach, podstawowa idea pozostała.

Wtorkowy wybryk odnotujemy jako ćwiczenia w warunkach bojowy, typowe manewry bez głębszej historii. Pewien zgrzyt jednak pozostał. Z jednej strony Allegri pogroził hejterom palcem, na serio to nawet Napoli zjem na surowo, z drugiej poszedł o jeden most za daleko, pewne proporcję muszą być. W nowej kreacji, Stara Dama najbardziej imponuje automatyzmem i organizacją gry. Przy 4-2-3-1 Dybala łapie wiatr w żagle, głębokie rozegranie już od Bonucciego przynosi większe pozytywy, skrzydła nabierają polotu, a druga linia zyskuje na produktywności. Odmiana mniej więcej jak w kadrze Nawałki gdy Lewy dostał wsparcie w postaci Milika, co w kulcie stabilizacji i latach drobnych korekt o mocy placebo stanowi niemały przewrót.

Siadać wygodnie i zapinać pasy, Juve właśnie rozpoczęło sezon na poważnie. Allegriemu w Turynie wychodzi wiele, w pewnych proporcjach staje się Midasem dla ubogich, nawet drobne porażki wykorzystuje jako grunt pod budowę kolejnego zwycięstwa, wszystko zostaje w naturze. Nawet dobry PR-owiec nie zagwarantowałby takiego fame`u jak boiskowe fakty. Skoro potrzeba jest matką wynalazków to jej bliski potomkiem Massimiliano Allegri. Trenera Juve bronić nie trzeba, krytykowany za rotowanie składem z początku sezonu, dziś zbiera uznanie, za konserwatyzm również nikt go już nie pozwie, szukając właściwych proporcji stworzył potwora. Turyński Lewiatan po niemrawej jesieni i nieco srogiej w nastroje zimy wita wiosnę w nowej szacie.  Pytanie czy na Europę starczy powabu?


Fino Alla Fine
Forza Juve