wtorek, 25 kwietnia 2017

Jak dama z kopciuszkiem

Deja Vu, inaczej tego nazwać nie mogę. Posłannik Bożej woli- Ian Rush, znakomicie wywiązał się ze swojej roli, prawdziwa ręka Boga choć świętokradztwa nie uświadczysz. Klub z Księstwa Monako zesłały Nam niebiosa, tak miało być dla dobra wszystkich koneserów wielkiej piłki. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że dwie najbardziej spektakularne drogi piłkarskich globtroterów muszą zetknąć się tuż przed końcem wędrówki. Dlaczego? Bo ewentualne odroczenie pojedynku najlepszej ofensywy z najlepszą defensywą do finału, oznaczałoby potencjalny lockout Królewskich (kogo jak kogo, ale akurat ich to trzeba pokonać by wznieść Puchar) lub absencję którejś z rewelacji tegorocznej Ligi Mistrzów. A taki scenariusz pogrąża dumę piłkarskiej Europy, która nie kończy się na hiszpańskiej wojnie pomiędzy Madrytem, a Barceloną.

Kilka tygodni temu, z góry skreśliłem ASM z walki o ostateczny triumf. Romantyzm zawstydzający klimatem Bollywood miał legnąć w gruzach, jakby zderzył się z niechybnym przeznaczeniem. W aurze przyziemnego zmęczenia materiału, gdy do głosu dojdzie wyrafinowana natura. Historia bez happy endu, nie pierwszy raz Monako w takich okolicznościach obchodziło się smakiem. Kopciuszek pomimo swego powabu, w blasku Walijskich jupiterów znów trawiłby goryczkę kompleksów z domieszką młodzieńczej lękliwości przed wielkimi tego świata. I nadal obstaje za swoim. Wprawdzie finał Pucharu Ligi z PSG słabo wypada jako papierek lakmusowy, bo i Monaco bez kilku fundamentów zanotowało mentalny regres roku. Jednak, co ma wisieć, nie utonie...
Trzeba oddać drużynie Jardima, palmę pierwszeństwa wśród urodziwych dam tego sezonu. Jak mało kto, kompletnie rozkochali tłumy, pisząc jedną z najbardziej zuchwałych historii w XXI wieku. Ponadto, z miejsca stało się bliskie nadwiślańskim sercom. Sympatyczny rodak z armii trenera Nawałki i ofensywne monstrum, bezczelnie rzucające wyzwanie możnowładnym. Aż chciało się każdego, kolejnego rozdziału o talencie stulecia, łamiącego rekord po rekordzie, wpisów o zmartwychwstałym Falcao, bądź wyłowionych znikąd diamentach jak Lamar lub Bakayoko. Cieszący oko i ganiący mit jakoby siła Ligue 1 bazowała jedynie na petrodolarach z Paryża. Drużyna Vadima Vasilyeva gra jakby jutra miało nie być. Zanim do Monako przyjadą kupcy z Anglii lub La Liga, a gabinet cieni przejmie schedę po najzdolniejszej młodzieży ostatniej dekady, chcą ostatecznie powalić piłkarski świat na kolana, tak by nie było żadnego "ale" co do potencjału i wygórowanej ceny. Wciąż z szansami na potrójną koronę, śnią jakby mieli się nigdy nie obudzić. W zasadzie, podopieczni Jardima mają wszystko by ziścić swe wizję, zabójczy atak, skrzydła równie kąśliwe, co rakiety naszych wschodnich sąsiadów, środek pomocy gwarantujący równowagę i solidną defensywę dowodzoną przez chłopaka z nad Wisły. Wszystko poza niszczącym walcem na drodze.
Dla byłego kapitana Torino, Juve jawi się jako symbol podziału klasowego. Jak klasa robotnicza i monarchia, oddzielone wielkością dnia dzisiejszego, bogactwem dziedzictwa, czy też mentalnym murem wartości. "Nigdy nie przejdę do Juventusu"- mawiał, gdy Stadio Olimpico stawało się coraz bardziej ciasne, a lokalny rywal rósł w siłę. Wreszcie, Stara Dama stała się wrogiem numer jeden, a skoro nie możesz go pokonać, to lepiej zmienić pole bitwy. Bilans Glika z Juve potwierdza napięty stosunek do wielkiego hegemona: 10 spotkań, 1 zwycięstwo i seria dziewięciu porażek, plus dwie czerwone kartki. Derby della Mole były czymś więcej niż batalia z bardziej utytułowanym sąsiadem, emocjonalny Glik wyglądał jakby był Turyńczykiem z urodzenia. Jak granat z wyjętą zawleczką, groźny w każdej strefie boiska. Powracający na J-Stadium będzie walczył ze swoimi demonami, czasami, gdy Pirlo niweczył tytaniczną pracę, a Juan Cuadrado powielał tenże pocałunek śmierci. Równo dwa lata temu, to reprezentant Polski był górą, lecz podobno nic nie zdarza się dwa razy...
Samo Monako również zawsze pasowało Starej Damie, choć bilans niezbyt okazały pod względem ilości spotkań, raptem 4 potyczki, lecz zawsze pod dyktando Bianconerich: 3 zwycięstwa i jeden remis. Ogólnie Francuzi przyzwyczaili się do dominacji Juventusu: 28 spotkań: 16 zwycięstw, 7 remisów i 5 porażek w Europejskich pucharach. Choć suche statystyki jawnie przemawiają na korzyść mistrza Włoch, to ostatnie potyczki wysyłają strzał ostrzegawczy. Już Lyon potwierdził, że z Francuzami łatwo nie jest. Dobrze zorganizowani, groźni niezależnie od tego gdzie piłka się znajduję, z atletyzmem niczym wyjętym prosto z NFL. Z Monako będzie równie wesoło, bo talentu nie brak, a i apetyty równie spore. 6 zwycięstw, 2 remisy, 2 porażki, 21 strzelonych bramek i 16 straconych, z kwitkiem odprawiane gwiazdy The Citizens lub BVB, na tle Juve to i tak wciąż mało. Najgorsze co może spotkać drużynę Allegriego, to powiedzenie słowa- "sprawdzam", zerwanie ze zdrową spolegliwością, wejście w otwartą wojnę. Wymiana ciosów z drużyną z południa Francji, nie dość, że odbiega od idei Starej Damy, to graniczy z wybujałą nonszalancją. Tego ostatniego dawno w Turynie nie widzieli.
Pomiędzy starym, a nowym Monako analogi nie brak. Mbappe jak młody Henry, Jardim kreujący nową generację niczym nieodżałowany Tigana. I wreszcie Juve, jak 19 lat temu wyrastające na faworyta rozgrywek, zbierające śmietankę z cierpliwego budowania drużyny. Oba kluby pochodzą z różnych światów, Monaco ze skromniejszym dorobkiem na krajowym podwórku, będące głównym rywalem przeciwko lokalnemu hegemonowi, bazujące na odkrytych talentach i wykreowanych gwiazdach, będące oknem wystawowym towaru luksusowego. Juve na przeciwnym biegunie, dzielnie broniące roli krajowego magnata, uzależnione od smaku zwycięstwa, ściągające po graczy gotowych do przedłużenia panowania. To wreszcie dwie, zupełnie odmienne koncepcje gry, wzajemnie wykluczające się nawzajem i mające przeciwstawne pochodzenie. Zarówno pierwsza jak i druga opcja leży w naturze obu trenerów, czerpiący z bagażu poprzedników to co najlepsze, doszli do punktu zwrotnego. To maksimum warsztatu przytoczonych dżentelmenów, wszystko co fabryka dała, magnum opus ostatnich sezonów i świadectwo trenerskiego honoris causa. A skoro tak, to silnik rodem z Włoch musi przetrwać próbę.
Jak mawiał Dariusz Szpakowski- "szansę na awans mają obie drużyny, lecz awansuje tylko jedna". Niby to piękna przygoda, jednak jej kres zwieńczy optykę całego sezonu. Heroizm chłopaków Didiera Deschampsa z 2004 roku zapadł w pamięć, był liryzm godny wielkich wieszczy, była drużyna warta sukcesu, obyło się bez mistrzostwa i triumfu w Europie. Wówczas grę piłką niweczyła Portugalska krucjata, przyjemna w obserwacji piłka na "tak", w finale przypominała cierpienia młodego Wertera. Żeby historia zatoczyła koło (pomijając powtórkę z Realem), potrzeba Juventusu skąpego w błędach, w pełni wyrafinowanego, czytaj- w 100% drużyny Allegriego na najwyższym biegu. Takiej, która pozbawiła Boskiego bakcyla Messiego i spółka, która od miesięcy, jeśli chce to wygrywa z każdym kto się napatoczy. Nawet obiektywizm podpowiada jeden scenariusz. Widząc radość jaka wypływa z gry Monako, człowiek życzy im jak najlepiej, by zdolniacha Mbappe i jego koledzy, jako druga po Marsylii drużyna z Francji zwyciężyła w najważniejszych rozrywkach w Europie. Ale nie tym razem.


Fino Alla Fine
Forza Juve

czwartek, 20 kwietnia 2017

Pocztówka z Barcelony

Internet.... jakby to określić? To piaskownica dla dorosłych, zamiast łopatki z wiaderkiem, równie plastikowa klawiatura, towarzystwo wzajemnej dezinformacji  i przechwałki o wyższości swych racji. Chuj z argumentacją. Ostatnie dni dosadnie potwierdziły wspomnianą tezę. Ze wszelki zakamarków cyber przestrzeni pojawiało się jedno- "remontada" w wszelakiej odmianie. Od skromnego 4:0, po astronomiczne 7:0, szok, horror, masakra, niepotrzebne skreślić. Wrzący wulkan memów i nagonki la zabawy, za pewniaka uchodziło zwycięstwo Dumy Katalonii. Ba! Miało być z polotem na miarę filmów Jamesa Camerona.  Naczelny wodzirej wesołej biesiady twierdził, że Juve łatwiejsze od PSG, "możemy strzelić trzy bramki, w trzy minuty", "jesteśmy w stanie zagrać nawet ośmioma napastnikami". Zupełnie inny scenariusz zakładał gigant z Turynu. Żadnych fajerwerków, epickiej historii dla pokolenia, bądź płaczliwego lovestory o niespełnionym powrocie. To będzie film "drogi", paradoksalnie tani w środkach, ale za to głęboki w przesłaniu, oparty na  mistyce oblężonej twierdzy, będzie to historia o podróży w głąb duszy-  ego sum via et veritas, et vita. 

Na początek garść prostych faktów, przed rewanżem z Barceloną, Juve miało na koncie jedynie 2 stracone bramki, brak porażki w rozgrywkach LM i czyste konto Buffona od 441 minut. Dodając do tego, solidną zaliczkę z J-Stadium, brak ubytków w składzie, ozdrowiałego Dybale oraz opanowany do perfekcji plan "Anty-Barca", Juve wyruszało jak po swoje. Oczywiście, każdy wolał dmuchać na zimne i nie wywoływać wilka z lasu. Barca drugiej kategorii, to jakby nie było nadal Barca. Pomimo tego, la spiskowcy wietrzyli kanibalizm obarczony kategorią- tylko dla dorosłych. Futbol pod wezwaniem Marca Dorcela, zabrakło jedynie podchmielonego Neymara, krzyczącego na konferencji: "Co, my nie damy rady?!". Europo Januszy, nastała trwa wiosna. 
 Nie będę koloryzował rzeczywistości, środowy wieczór na Camp Nou miał tyle z wielkiej piłki co Wisła Cupiała z Ligi Mistrzów. Śladowe ilości finezji nie czynią uczty z frytek z Maka. Szachy włoskiej maestrii kontra wygłodniała wataha. Podobno sforę wilków można obalić jedynie odstrzałem, bo jak chcą to ukoszą. Barcelonie chęci nie brakowało, amunicji? Ślepaki na potęgę, na 19 prób jeden rodzynek w światło bramki. Może magia posiadania piłki? Argument dziś nieaktualny, bo piłka krążyła lecz na twórczość zabrakło weny i niejednego detalu. De facto, analizować można niemal każdy aspekt gry obu drużyn. Tendencja będzie wiadoma, wnioski tym bardziej. Jak Barcelona mogła tak bardzo popaść w bezpłodność?

Dla kibica Juve, wczorajszy ornament Starej Damy nie był żadnym novum. Typowe Juve w trybie wyjazdowym, mające zaklepany awans i wszelkie środki by przetuptać 90 minut  z mizernym zaangażowaniem ofensywnym. Spinać się dla szpanu by popaść w wojnę na noże? U Allegriego to nie przejdzie. Szachowanie dyfuzorem i dość płytka logika. Juve szybko znaczyło swój teren, okupując twierdze jak podczas zagrożenia terrorystycznego. Barca jak Barca, krążyła jak prawiczek na wiejskiej zabawie, to liczyła na artyzm Neymara, to brała się za proste metody. Niezależnie od tego jakby podopieczni Luisa Enrique brali się za Starą Damę, to i tak czarna polewka była jedynym daniem jakie mogli spożyć. Żyjący z posiadania piłki, nie potrafili przelać formę w treść, jakości monstera ofensywnego w postaci MSN reaktywować w warunkach skrajnej szczelności, zaszczuci i wyjęci z krótkiej gry, klasyka włoskiej roboty i plan wypalił. Wąska strefa, profesura w defensywie, nestor bramkarzy na straży. Jak sobie Allegri pościelił, tak się wyspał...

Mądrzejszy o jeden wieczór, coraz bardziej przekonuje się do myśli, że taki bieg zdarzeń był jedynym z możliwych scenariuszy. Pokuszę się o banał, że Napoli Sarriego zrobiłoby więcej krzywdy wczorajszego wieczoru od podobno- wielkiej Barcy. Wnioski z ostatniej batalii są klarowne: Allegri i jego banda wysyłają jasny sygnał do piłkarskiej Europy- Możemy i spróbujemy. Defensywa kluczem do sukcesu, wiadomo to nie od dziś, lecz jakby nowo nawróceni możemy stawiać pomnik Providentowi myśli catenaccio. Sztuka wojenna Sun Zi nabiera nowego znaczenia, gdy po bagnet sięgają wartownicy pokroju Bonucciego lub Chielliniego. A, że atakować też można, niechaj duchy minionego tygodnia potwierdzą. Jazda przez niemal cały sezon na drugim biegu, tylko po to by wskoczyć w kluczowym momencie na wysokiego konia. Tak,Panie Allegri, zrobił to Pan! Jednak, póki co, to zaledwie powitanie z gąską...


Fino Alla Fine
Forza Juve 

środa, 19 kwietnia 2017

Łopatologiczna metafora

A gdyby tak, zamiast uprzykrzać życie głodnym bramek łowcom, obrońcy zaczęli trudnić się uprawianiem polityki? Taki David Luiz- niestabilny poglądowo mógłby krzepić nowe idee, podatne na chwilowy bieg zdarzeń. Mats Hummels- uporządkowany konserwatysta, studzący fantazję wybujałych kompanów. Gerard Pique- populistyczny wyznawca teorii spiskowych, za pięć dwunasta gotowy do wzniecenia rebelii. Podobno jaki jesteś na boisku, takim jesteś człowiekiem. Niegdyś Giorgio Chiellini`mu przypiąłem łatkę- piłkarskiej Szwajcarii. Były to początki byłego piłkarza Fiorentiny w barwach Juve, a nijakość płynęła ciężkim strumieniem. Nawet lawina złej maści ma pozytywnie uchybienia. Skoro piszą lub gadają to coś jest na rzeczy. Jednak wówczas, kolorytu nie brakowało, tym bardziej jakości, to i Chiellini`m można było powiedzieć- Cichosza. Po ponad dekadzie od mylnej oceny bije się w pierś- mea culpa. Toż to imperialista pełną gębą, z ideą prostą jak koncepcja cepa. 
Pomimo, że dzisiaj trudno wyobrazić sobie szkielet Starej Damy bez Chillini`ego, nadal mam dysonans pomiędzy tym co widzę co weekend, a pierwszym wejrzeniem skrupulatnego cenzora. Jako klasyczny wzrokowiec, długo leczę się z mylnego wrażenia, z rzadkością wypieram pierwsze wrażenie. Pułapka umysłu również sięgnęła początków wychowanka Livorno. Sympatia z przymusu,  o wyższych uczuciach tym bardziej nie było mowy. Bo jak tolerować Pinokio w skórze osiedlowego łobuza? Rzucony na lewą stronę defensywy był niczym Marcin Gortat w Fiacie 126p, do unikatowego grona na czele z Cannavaro, Thuram lub Zambrotty, aspirujący jedynie poprzez pryzmat nieomylnego oka Moggi`ego. Wówczas ciężko było poważnie traktować Chielliniego jako zabezpieczenie defensywy na długie lata. Mozolnie łapiący frycowe, rokujący co najwyżej "średnio", w  tamtym Juventusie był niezidentyfikowaną przeciętnością. A jednak,boisko weryfikuje.
Z czasem, toporny wojownik stał się metaforą "nowego" Juventusu. W realiach Serie B i powrotu do elity, wciąż pasujący do obrazka, jakby wodził wzrokiem za głównym nurtem. Śmiem twierdzić, że Calciopoli stworzyło Chielliniego z prawdziwego zdarzenia. Ubytek konkurentów i ogrywanie na peryferiach poważnej piłki, siłą rzeczy skok jakościowy musiał przyjść... Ale, że tak od razu Maestro? Być może gdyby nie Antonio Conte, Kielon gasiłby światło nie znając smaku Scudetto. Przecież w warunkach powracającego hegemona czyhał na rywala niczym kostucha w ciemnym korytarzu. Dawka piłkarskiego kanibalizmu, bądź prymitywna lekcja calcio dla nowicjuszy. Zwał jak zwał, lecz do klasyków gatunku brakowało  równie sporo co Juventusowi do powrotu na szczyt. Piłka może przejść, ale rywal już nie- defekt truizmu na którym Artjoms Rudņevs zrobił magistra.

Z pewnością wielu się nie zgodzi, ale jeszcze parę lat temu Kielon był przeszkodą klasy B. Nazwany przez Ibrachimović`a płaczliwym aktorem, grę na alibi uczynił swym konikiem. Z sezonu na sezon tracił na reputacji obrońcy klasy światowej. Gigi Buffon brał poprawkę na tendencję Chielliniego do dziwacznych decyzji, wliczając w ryzyko zawodowe ofensywne zapędy lub przeszarżowane wybryki we własnym polu karnym. Punkt zapalny lecz nie zabija. Grunt, że potrafi spacyfikować rywala i wyprowadzić piłkę z dokładnością urodzonego playmakera. Było, minęło, z biegiem lat Chiellini okrzepł na tuza swej pozycji. Nieustępliwy, przebiegły w decyzjach, mądrze przeliczający limit błędu, do bólu wyrafinowany. Człowiek skała, pękniesz lub klękniesz. To jest pewne.
Utarło się, że Chiellini egzystuje na wysokich nutach jedyne w tercecie BBC. Gdybym był Tomaszem Hajto, przytoczyłbym empiryczny wskaźnik wartości dodatniej wspomnianego tria, jednak talent matematyczny uboższy, więc oprę się jedynie na wzrokowym wskaźniku. Chiellini z umiłowania chełbi wielkie mecze, gdy rywal przyziemny to lekkoduch wkrada się w szeregi. Wiadomo, Pan Magister, to i banalne idee nie są dla niego. Zarówno w wariancie BBC jak i klasycznej dwójki z tyłu, pewny w granicach rozsądku. 32-letni defensor ma swoje za uszami, to straci z radaru, to z oceną sytuacji wyjdzie abstrakcji doktorant. Mankament pierwotny- rzadko bywa uciążliwy, gdy ma się przy boku anioła stróża w postaci Andrei Barzagliego. Inne grzeszki lub wszelakie drzemki również ujdą płazem, jak w związku ze sporym stażem, nobody is perfect. Moc oparta na minimalizacji niedociągnięć i eksploatacji warsztatu z domieszką rutyny. Być może do elity najbardziej poczytnych defensorów epoki wbił się nieco na krzywy ryj, ale beau monde- to zawsze brzmi dostojnie.
Czapki z głów dla tego, co latem 2005 roku widział w rosłym młokosie materiał na zaporę twardszą od murów Koloseum. Dla wytrawnych wyznawców calcio, obecne pokolenie Il difensore budzi jedynie sentyment za ubiegłą epoką. Czasami gdy Gigiego Donnarummy nie było jeszcze na świecie, Milan Sacchiego zawstydzał Europę, a w ojczyźnie catenaccio swoje murale stawiali Maldini, Costacurta lub Fabio Cannavaro. To na relikwiach owej epoki oparto fundamenty późniejszej złotej ekipie Fabio Capello i ulepiono na nowo klasycznego Difensore centrale. Z przytoczonej epoki wywodzi się również ten, który defensorem z krwi i kości stał się dopiero po latach topornej kindersztuby. Może momentami zbyt trywialny, jakby z łopatologiczną precyzją tłumaczył anegdoty z młodzieńczych czasów. Pozwalający przeciwnikowi na złapanie tchu, tylko po to by powetować sobie cała zabawę ciemiężoną jatką. Troll nad trollami, zresztą, głowę ma nie od parady...



Fino Alla Fine
Forza Juve 

niedziela, 9 kwietnia 2017

Moise Kean- talent wielkiej wody czy kolejny As w rękawie Raioli?

Prosta recepta na wychowanka? Wyłowić zanim kolejka nie będzie równie tłumna co przeciętne Krupówki, mądrze budować by nie wylać dziecka z kąpieli i nauczyć DNA klubu aby z miejsca chodził jak wskazówki w zegarku. Nie każdemu jest na rękę ogrywanie młodocianych adeptów futbolu. W prowincjonalnej Atalancie pieniądze na drzewach nie rosną, żyć jakoś trzeba, to i kreowanie przychodzi łatwiej. Że potrafią- wystarczy spojrzeć na tabelę, Turyn to już szczyt lodowca i na zabawę w kinderbale okazji za bardzo nie ma. Od czasów Claudio Ranieriego termin -wychowanek Juventus stracił na jakości. Nasz były szkoleniowiec obiecywał złotą generację, w krótki czasie gotową do podbicia ligi. Davide Lanzafame nie został nowym CR7, jak i Simone Esposito przepadł bez echa. Był rok 2008, a Stara Dama nadal dzierżyła status- w przebudowie. Lata mijają i owoców miejscowej akademii wciąż trudno dostrzec. Ktoś powie, są Marchisio i adoptowany Rugani oraz kilku dzielnie poczynających na obczyźnie potencjalnych Bianconerich, a ja odpowiem mało. Moise Kean rzekomo łamie tezę o słabo żyznej glebie w Turynie. Jak przystało na klienta pyszałkowatego agenta, równie wysokie ego, co talent piłkarski. Najmłodszy debiutant Serie A powoli puka do drzwi dorosłej piłki. Na Primavere za mocny, na ligę (jeszcze) za słaby? Przyszłość 17-latka staje się coraz bardziej istotna dla włodarzy Juventusu, zarówno ze względów czysto sportowych jak i potencjalnych transferów.

O tym, że młodociany Keanem ma papiery na grę wiadomo od kilku miesięcy. Materiał na co najmniej solidnego napastnika, silny, szybki jak błyskawica, znakomicie prowadzący piłkę, z techniką zawstydzającą większość starszych kolegów na swojej pozycji, odnajdujący się na skrzydle jak i pod bramką rywali. Łatka nowego Balo również nie od parady, bo kto w wieku niespełna 17-lat głośno domaga się stałego miejsca w pierwszej drużynie daleki jest nobliwości żółtodzióba. Ale ma również ku temu spore argumenty, w Primaverze wystrzelał co się dało, 9 bramek i 5 asyst na rozegranych 12 spotkań musi robić wrażenie.
Już w poprzednim sezonie, wyraźnie przebijał poziom młodzieżowych rozgrywek. Niespełna bramka na mecz lecz i czyste konto z finalnym podaniami. Kean zszedł na ziemię, oczywiście wciąż nieskąpi buńczuczną pewnością, jednak częściej szuka gry, więcej pracuje w defensywie i nagle dostrzega kolegów z drużyny. Ktoś powiedział młody Balotelli, jak dla mnie prędzej Young Ibra. Od skąpiej dziewiątki w stylu Pipo Inzaghiego, po rolę wolnego elektronu, zupełnie nieskrępowany numerem na plecach. W tym młokosie z Afrykańskim korzeniami tkwi spora dawka artyzmu, jakby urządzał bestialski roast obrońcom i śmiał się z własnych żartów. Niby młodość sprzyja beztrosce i radosnym psotom lecz Kean bawi się w najlepsze, jakby murawa była nieustaną imprezą, gdzie gospodarz może być tylko jeden. Nic tylko czekać, aż wypali: młody to może jestem, ale Pipite zjem na śniadanie

Pora więc na kolejny krok. Allegri nie spieszy się z wprawianiem młodzieży w świat dojrzałych mężczyzn. Opierzony i doświadczony w bojach Pjaca pomimo znakomitej opinii u trenera Starej Damy, pierwszy skład doświadczał z doskoku. Z Comanem było podobnie, na Francuza pomysłu nie było, miejsca na boisku tym bardziej, to i cierpliwość przepadła. Kean jednak trafia na wyjątkowy czas, alternatyw na poległego Chorwata i przemęczonych strzelb jak na lekarstwo, więc i każda para stóp na pokładzie przydatna. Z pewnością 17-letni Kean ma kogo gonić, nieco starszy Mbappe w kilka miesięcy zaskarbił sobie tytuł- talentu dekady. Jak przystało na podopiecznego króla kreowania nowych gwiazd, gorszy być nie może, przynajmniej w medialnych odzewie. Raioli zarzucić można wiele, jednak nie to, że nie potrafi zadbać o minuty dla swoich piłkarzy. Jesienny awans do pierwszej drużyny odbył się na jawnym lobbingu. Wystarczyło postraszyć szybką wyprowadzą i załatwione, ale z tą truskawką na torcie łatwo nie będzie. Nowa umowa= gruba prowizja. 

Gdyby Beppe Marotta był człowiekiem wylewnym, a bynajmniej na takiego nie wygląda, mógłby Mino Raioli- samozwańczemu Panowi i Władcy rynku transferowego, zaśpiewać serenadę pod oknem. Może z tą serenadą przesadziłem, prędzej "Kocham Cie jak Irlandię" byłoby na miejscu, czyli chłodno i w zasadzie pragmatycznie bo mus to mus. Postać równie kontrowersyjna, co skuteczna w działaniach. Bez błogosławieństwa Heroda transferów, niedola jest pewna jak gołębia cień na Krakowskim rynku. Za najlepszych czasów Milanu Ancelottiego, bywający na San Siro jakby sypiał z Berlusconim, ciężko było się połapać kto w rzeczywistości pełni rolę dyrektora sportowego Rossonerich. Na dobrych stosunkach z najbardziej wpływowym agentem zyskaliśmy między innymi Pogbę. Nie byłoby również rekordowego transferu gdyby nie Machiawelizm słynnego agenta.

To przychylność smakosza tłustych posiłków może poprowadzić Donnarummę do Turynu, jak i kolejnych gorących dań w karcie mercato. Juve skazane na Raiolę, niekoniecznie w odwrotną stronę. Wcześniej przytaczany Milan wciąż pokutuje żywot rozgniewanego Heroda. Jak mawiał klasyk: Chcieliście wydy..ć Freda, to Fred wydy..ł Was. Nowa umowa Keana wyrasta na swoistą kartę przetargową, pierwszą transzę za potencjalne rozmowy z bramkarzem Milanu, gest dobrej woli, coś jak wysłanie kwiatów dla żony. Co praktyce oznacza, że trzeba przepłacić i przygotować Allegriego na lokowanie produktu. Kean na legalnym nepotyzmie musi zyskać swoje, kolejny wielki transfer sam się nie zrobi. 

Stajnia Raioli zawsze kipiała piłkarzami wartych grzechu. Pewniakiem był również kierunek przeprowadzi zgodny z aprobatą mistrza ceremonii. Nic w tej branży nie tworzy przyjaźni jak szelest pospolitej mamony. Pieniądz nie śmierdzi, za to łagodzi obyczaje. Kean wita się z dorosłą piłką z bagażem diamentu najwyższej jakości. Nic tylko oszlifować i gwiazda gotowa. Póki co ma sporo do udowodnienia. Szansa na ogrywanie ogonów rośnie z każdą kolejną, ciężką batalią Starej Damy. Wujek dobra rada gra swoje, twierdząc, że Juve jest priorytetem ale nie jedyną opcją. English breakfast widocznie zasmakowało. Maruderzy wietrzą kota w worku, tak dobry być nie może. Odmładza się o kilka wiosen lub za chudy w uszach by coś ugrać w prawdziwej piłce. Jeśli nie na boisku, to może w rapie? Przy takich kontaktach, feat u Migosów gwarantowany.


Fino Alla Fine
Forza Juve

czwartek, 6 kwietnia 2017

Gdzie Twoje Królestwo?

Kojarzycie scenę z filmu "Jak zostać królem?", gdy na Wembley w odbiciu tysięcy spojrzeń i przytłaczającej ciszy Jerzego VI  pali pięta Achillesowa? W zasadzie, głowa nie szklanka, pęknąć nie może ale dorosły chłop rozkraczył się u bram swych włości niechybnie tonąć w pomyjach własnego cienia. I jak tu liczyć w trudnych czasach na lingwistycznego impotenta? Do tego obrazka nijak nie pasuje Il principino, dostojny w każdym calu, na boisku i poza nim nieskrępowany charyzmą, ze spojrzeniem godnym przyszłego Noblisty. Materiał skrojony na miarę ostatniego templariusza piłkarskiej cnotliwości, co w Turynie zakwitł niczym mityczne drzewo Jozuego.  Tak naprawdę pominąłem jeden detal, w idealnym świecie nie byłoby żadnego ale, Książę dostąpił korony- naturalna kolej rzeczy. Wiosna sprzyja naturze lecz w życiu nobliwego wychowanka Juve jesienna gorycz melancholii trzyma musztrę.  Wracając z dalekiej podróży liczył, że rozbrat z piłką to już zapominana melodia. A jednak, Antonio Vivaldi sięgnął czwartej pory roku.

O dobrym, a jednocześnie nieograniczonym do roli pełnionego rzemiosła piłkarzu można pisać i pisać. Ilość anegdot, która zawstydziłaby Sir bez pauzy nawinę historię wszystkich Mundiali Strejlau, łzawych historii w pogotowiu nigdy brak i jeszcze puenta postawiona wbrew losowi. Tak, piłka bywa pozbawiona logiki, gdy dotyka przeciętnego śmiertelnika, inna bajka jeżeli po murawie biega artysta którego od dnia narodzin wszystkie drogi prowadziły do jednego miejsca. Prawdziwy artysta, nieskalany talent show i wtórną łopatologią o świeżych trendach. Piłkarz wymarłego gatunku, nie uświadczysz nadętej bufoniady lub cyrkowej oprawy w social media i ten lojalnościowy etos- niepojęte gdy zaglądasz w notkę bio a metryka daleka od sędziwej postury. Trzeba oddać cesarzowi co cesarskie i uznać Claudio Marchisio vel Il principino za dziedzica la bella figura, obok Gigiego Buffona konesera kindersztuby wielkiego mistrza i mentalnego kustosza Starej Damy.

Piękny rys, zupełnie wpisujący się w scenerię benefisów ale mowa o trzydziestolatku co w klimacie Ekstraklasy oznacza nieraz wciąż status- obiecującego zawodnika. Nie da się ukryć, że to nie najlepszy sezon w karierze byłego gracza Empoli. Niegdyś tempomat najwyżej klasy, od potrzeby box to box jakości International, pozdrawiam Leo Beenhakkera. Czy to na diamencie czy u podnóża klasycznej "czwórki", piłkarz z którym Tomasz Hajto miałby niemałą zagwozdkę, bo jak go sklasyfikować? Włoski Kroos, Turyński Draxler, a może bardziej drętwo- Effenberg z Juventusu? W zasadzie każde określenie kulą w płot, Marchisio był niezależnie od pełnionej roli podstawowym trybikiem w machinie niepodważalnego hegemona. Łagodził młodzieńczą fantazję Pogby, normalizował instynkt Vidala, był lepszym uzupełnieniem dla Pirlo niż można było pomyśleć.Ot taki profesor drugiej linii wciąż na dorobku.

Marchisio zawsze jawił mi się jako klasyczna plastelina. Numer dość wymowny, można popaść w ciasne szufladki. Z urzędu mianowany nowym Marco Tardellim, z czasem rozbudował swoje portfolio. Dziś nawet Beppe Furino  mógłby doszukać się swych konotacji w grze wychowanka Juve. Identyfikacja naturalnej pozycji Il principino jest zbyteczna, w zasadzie żaden mediano choć potrafi zajechać rywala w stylu Edgara Davidsa. Może trequartista? Niby w takim układzie funkcjonował co najmniej okazale ale jeszcze nie to. Mezz`ala? To było by uchybienie jak sprowadzenie Alberto Contadora do roli pomocnika na wielkim tourze. Rola 54 krotnego reprezentanta Włoch ewoluowała wraz z samą drużyną. Świadomość-w tym ogródku rzecz wybitna na tle przeciętność. Jak mało kto trafiał w koncept nowego garnituru. Często wystarczyło sięgnąć po liczbowe pomiary naszej ósemki by wystawić laurkę całej drużynie. Co istotne, wysłużony barometr nigdy nie pretendował do bycia kluczową postacią Starej Damy, ten swoisty stoicyzm jedynie pielęgnował status sztandarowej postaci. Ludzi z marmuru wielokrotnie wyganiano ze szkolnych podręczników, Claudio Marchisio będą pogrubiać czcionką.

Absencja fundamentalnego elementu układanki miała zabić Juve. Pojmany Pjanića zapewniał tymczasowe rozwiązanie. Korekta stylu by przetrwać wyjątkową prohibicje lub znaleźć oddech gdy płuca niedomagają. Syndrom lepsze jest wrogiem dobrego odbył się kosztem wychowanka Juve. Nowe szaty Starej Damy szwem stronią od wszechstronności Marchisio. Ok, wypadł bo stracił okres przygotowawczy, wciąż nie wskoczył na właściwy rytm lub po prostu jest pod formą z wcześniej wymienionych powodów. Bywa, wspominany wcześniej Bośniak ma więcej z reżysera, Khedira nadrabia solidnością i pomimo słabszych momentów nie daje powodów by zwolnić miejsce. Allegri nauczył się żyć bez Il principino, co jeszcze w poprzednim sezonie wydawało się niemal herezją, dziś ma logiczne podstawy. To jak, Marchisio z wozu, Allegriemu lżej?

Nie jest to oczywisty scenariusz. Patent dobrze znany, ma być po mojemu, czyli: posiadanie piłki bywa drugorzędne to też płynność podań traci na jakości, Juve jak chce to trafi, a i tak da się wyszaleć rywali. Allegri miewa swoje widzi misie i nie szuka poklasku w estetyce lub totalnej dominacji przez 90 minut. Momentami jednak, aż nadto widoczny jest ostracyzm drugiej linii. Jak na lekarstwo wszyscy szukają gościa, który ustabilizuje grę, wymieni kilka piłek, nada tempo gry, uspokoi i pozwoli na zresetowanie przeciwnika. Nawet w rotacyjnym kołowrotku Książę spada z każdym notowaniem, Sturaro, Rincon, Lemina i gdzieś po środku arystokrata z krwi i kości. Towarzystwo mało okazałe, jednak będące wypadkową iloczynu formy i rozmiaru bogactwa, następca tronu piechotą chodzi i z ludem dzieli dolę. Juventus miewa się dobrze bez swojego Księcia, gorzej z honorem dostojnej persony bo z takim Sturaro godzi trzymać miejsce na ławce?

Być może Maksowi nie jest  po drodze z rodowitym Turyńczykiem. Wyjściowa jedenastka nie guma, udało się znaleźć miejsce dla Mandzukica, optymalnie wykorzystać Dybale i wpisać Pjanića w kręg szyjny, ale dla jedynego pomocnika który przetrwał próbę czasu miejsca już zabrakło. Za zasługi i sympatię nikt w Juve nie pogra. Chłopiec który został namaszczony przez Aleksa Del Piero powoli przemija bezszelestnie. Nie dostrzegam przerysowanej postury Króla, przecież wrósł w ten klub jakby było mu to pisane. Nic od tak nie przyszło, pewnie miejsce w składzie zawsze okupione tytaniczną pracą, Fino Alla Fine w czystej postaci. Zanim przyjdzie nowe, młode szósty diadem w koronie ozłoci wiosenną posuchę, lecz czy koronacja nie ustąpi miejsca nowe Królestwu? W Londynie lub Manchesterze tron wakatem świeci.


Fino Alla Fine 
Forza Juve


poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Między wierszami

Skrupulatnie pompowany balonik, podtekstów w brud i na koniec klasyczne Juve na wyjazdach okraszone pokracznym widowiskiem.  Tak w korespondenckim skrócie wyglądało starcie Starej Damy na San Paolo. Dominujący motyw powrotu Syna Marnotrawnego stracił na Biblijnym etosie, było jak z powrotem starej miłości która straciła na powabie. Straciło Juve dwa punkty, ekipa Sarriego iluzję walki o scudetto, na końcu straciło calcio bo niby gonitwa trwa dalej ale jakby wszystko siadło na klimacie. Idea szóstego tytułu z rzędu powoli wpada do głów nie tylko w Turynie. Incepcja nie do przełknięcia dla zatwardziałych Rzymian ale i im przyjdzie przełknąć gorycz porażki. Skoro siły ciemności nie były w stanie zatrzymać wyrafinowanego Juventusu to nawet Święty Boże nie pomoże.
Kto nie oglądał ten oszczędził cenne chwile swojego życia. Deja vu z Interem wisiało w powietrzu, to przez woń kompleksów lub wrażliwą naturę miejscowych, eskalacja tygodnia nienawiści krążyła jak wygłodniała lwica. Główny motyw starcia- zabić mentalnie tego, który dopuścił się grzechu cudzołóstwa. Punkt drugi, walczyć o tytuł gdy piłka nadal w grze. Fakty brutalnie zweryfikowały nadęte ego mało gościnnych gospodarzy, nawet z obniżoną gardą nie zdołali posłać Starej Damy na deski. Ba, to Niebiańscy szybko przywitali się z prawym sierpowym, liczenie krótkie ale treściwe, odpowiedź Hamsika wpadła bo wpaść musiała. Mów wyraźniej bo Cie nie rozumiem, a właśnie, że tak. Mecz o scudetto istniał jedynie w głowach, PRowski chochlik psotnie namieszał w wyobraźni. Realia przeczyły nastojom, nawet zwycięstwo Napoli redukowało przewagę do 7 pkt, to jak trollowanie Hammonda przez Jeremy`ego Clarksona bądź budowanie napięcia w reallity show, prawdziwa sztuka dla sztuki lecz żadna ostania wieczerza.

Pamiętne mecze, historia pisana wspólnymi najemnikami, wojna północy z południem, dwóch odmiennych koncepcji Włoch i gdzieś w tym wszystkim obecne calcio. To, że mecz odbył się wbrew kibicowi nie wymaga zbytniej argumentacji, dla Sarriego walka z Romą wymyka się z pod kontroli, co dopiero gonitwa za Juve. Nawet przeciętny kibic Napoli nauczył się żyć z jadem, przecież ten Pipita odkrył Diego Armando Mertensa? Wino zdążyło wywietrzeć, każdy rozszedł się w swoją stronę. Allegri podszedł do spotkania jak do kolejnej misji, gramy dwumecz, nie ma sensu okrywać wszystkich kart lub wypruwać żył. Minimalizm krzywdy nam nie zrobi, to tylko jeden ze szczebli na drabince, żadna Golgota lub oaza ostatniej szansy. Nawet główne danie przypominało odgrzewany kotlet- panierka długiej młodości i mięso kolejnego obiegu. Czyli Neapol pełną gębą.

Wracając do Pipity, miał być gwoździem programu, barankiem ofiarnym na ołtarzu złowrogiej celebry. Jaki Judasz taka i męka Pańska. Ileż było zdrajców co pod przykryciem nocy pognębiali byłych sojuszników, jak wiele legend utkano na zdradzonej dumie? Tym razem Hollywood nie zyskało kolejnego hitu kasowego. 90 minut kopaniny nie starczyło na złożenie ofiary, okazji do sprowokowania kibiców raptem kilka, bramowy bezwzględne zero. Subtelny wieczór Higuaina należy zapisać na konto sterownika Juve. Można było się postawić inicjując przeciąganie liny na golasa bądź rzucić utuczone cielę na wygłodniałą watahę. Można lecz zdrowy i spokojny Pipita to pakiet startowy w drodze do Cardiff. Zacięta aczkolwiek nadal maszyna swoje strzelić musi. Mój Nikifor przeszedł cieniem jakby owej niewierności nigdy nie było.

Mentalność wewnątrz narodu bywa dyskusyjna. Ślązak. Kaszubowi nie równy, Włocha jeszcze bardziej krępuje skromna definicja. Secesyjny krajobraz kolejny raz potwierdził dlaczego Juve, a nie Napoli jest na szczycie. Nas nie obchodzi walka na noże, wolna amerykanka na boisku lub partyzantka z ułańską fantazją. Rywal dzielnie przyjął rolę pretendenta, wprawdzie rytualne ważnie przed walką wypadło blado, jakże sam pas mistrzowski jawił się w klarownych barwach to wiara godna uznania. Kalkulacja nie mieści się w południowej filozofii, kontynentalne idee są bardziej logiczne, niby to odwieczny rywal ale jakby wypadł z obiegu, quasi wyścig z Romą budzi już większy niepokój. Jednak by napić się nie trzeba od razu kupować całego browaru tak więc w margines błędu można wpisać skromny punkt na gorący terenie. Tym bardziej gdy ubyło amunicji po przerwie na reprezentację, a miesiąc aż nadto wymagający.
Mecz sezonu pisany Brajlem bo nawet gdy kurz opadł obraz mglisty. Trafiła kosa na kamień, Juve nie chciało, wróć- nie musiało bić głową w mur, wystarczyło go obejść by mieć dobry nastrój. Znajdą się rozczarowani co dumą przykryli remis. Przecież trzeba było pokazać kto rządzi w lidze i dlaczego Napoli dzieli tak wiele do najlepszej ekipy na ziemi włoskiej. Szkopuł w tym, że horyzontalne podejście niwecz romantyzm. W środę druga połowa walki i to ogólny bilans wskaże kciuk cesarza. Porzućcie wszelką nadzieję wy którzy tu wchodzicie, Juventus naprawdę musi być niezwyciężony skoro przeszedł przez owe piekło niczym nieskrępowany. Nawet epicka zapowiedź Święcickiego na chwilę przed pierwszym gwizdkiem stała się groteskowa. Ani bram piekielnych ani zemsty Bogów nie uświadczyłem minionego wieczoru.


Fino Alla Fine
Forza Juve

sobota, 1 kwietnia 2017

Prasa prawdę Ci powie

Spośród czterech władz obawiam się jedynie tej nieformalnej, ostatniej. Podobno logika mediów karmi się wyłącznie kataklizmami, wszak nic nie ma większej siły nośnej od świeżych zwłok, nic odkrywczego. W branży sportowej istnieje równie sprawdzony patent, afera wszelkiej maści, wizyta w nocnym klubie, piłkarz na bani, niezapłacone podatki. Ważne nazwisko i wrażliwość społeczna. Biel ma różne odcienie, im bliżej serca tym czystsza. Kto nie wybiela niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Monochromy- przyjazna rzecz, jednak pisałem już o tym i po części wrócę do owej myśli. Bo jakby zmienić kierunek i to media kształtowały rzeczywistość, a nie odwrotnie? Trener z "jedynki" Corriere dello Sport przejmuje Turyńskie lejce, ze wszystkich stron sprzedawany Verratti kotwiczy na J-Stadium, Hala Madrid Dybala lub Allegri rozpoczyna wyścig szczurów pod egidą fikcji najlepszej ligi świata? Klasyk powiadał- kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. A podobno sam nakład fizyczny to kilkaset tysięcy głodnych wiadomości par oczu. Witamy Juventus słowem pisanym malowany.

Ustalmy na początku jedno, z przekazem medialnym jak z ludźmi bywają prawdziwi i prawdzie oporni. Tendencja jest prosta, jesteś na szczycie to i na rozkładówkach masz branie jak naga Siwiec. Na ogól ci, którzy wydają najwięcej, latem nie schodzą z Twittera, tym którym wychodzi na boisku służą obrońcy moralności i prasa barwna nie tylko w wydruku. Równowaga w przyrodzie musi być. A Piłka nożna w czystej postaci? Kasa misiu, kasa. I o filantropie z pewnością nie chodzi, może o prawdziwą percepcję rzeczywistości? Nic takiego nie istniej bo też każdy patrzy na swój sposób. Na blogu nic nie zarabiam, żadnego piłkarza również nie pozycjonuje, pozostanę więc szpinakiem pomiędzy makaronem, a mięsem, rzeczą nieistotną choć wmieszaną w traf słowa pisanego.
Humor nie teges więc Marcinem Prokopem nie popłynę. Jaki Pan taki kram, generalizacja ma swoją rację bytu. Tabloidowość mediów przestała być wymysłem medioznawców, każdy zaliczył ślepaki lub hejterski wyskok. Newsroomowy obieżyświat rządzi się swoimi prawami, kibic ma inny światopogląd. Wpadka nie rozejdzie się po kościach, strzałem w kolano wpada się do worka zużytych mitomanów. Nauczyłem się, że doniesienia medialne należy traktować jako ciekawostkę, coś jak kolejne odkrycia amerykańskich naukowców. Źródło nie anonim, swą rangę ma, Di Marzio wypada brać na poważnie, jak kilku innych speców od ekskluzywnych wieści. Z czasem dobrą nowinę można obarczyć ewangelią, wszak Pipita również był z początku jedynie wymysłem dziennikarskim. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastują, że na tym casusie będziemy jechać przez kilka tygodni...
Juve na świeczniku widnieje od zalania dziejów, bo też od zalania dziejów okupuje estradę nieopodal wygłodniałej loży szyderców. Nawet najstarsi górale czytali o hecach niegdysiejszych bianconerich. W zamyśle ugrać swoje, bo za kimś trzeba się opowiedzieć. W świecie Turynu od świętości oddartej, Agnelli to typek spod ciemnej gwiazdy co z mafią jest na mordo, mordo, to z kibolami dogada się, to kolejnym tytułem przehandluje, sędziowie jak na zamówienie gwiżdżą co się da. Murawa może i równa ale dla rywali na pochyłej. W przeglądzie prasy kobiecej Agnieszka Jastrzębska widzi kilka gorących newsów. Zalążek małżeńskiej zdrady u Państwa Bonucci, pozorny dostojnik wartości pro rodzinnych oddaje się cielesnym przyjemnością w nocnym klubie. I na koniec, wróg społeczny numero uno- Andrea raz jeszcze daje znać o swej rogatej duszy. Jego grzeszny związek od woli Bożej pominięty być nie może. 
Wścibskość tkwi w każdym. Jeśli plotki mają branie to znaczy, że nie tylko kobiety interesuje strefa private. Żeby taka plotka siadła musi być odpowiedniego kalibru. Poczciwy Meret przechodzi koło nosa i nawet nie wzbudzi lajka. Ale Donnarumma? Nawet jeśli pozostaje w sferze marzeń to nabije wejść i poprawi koniunkturę niejednej lokacji. Kij ma dwa końce, każdemu na rękę taki stan. Kibice śnią o bezgranicznej potędze, kolejnych gwiazdach, sezonowcy wietrzą za nową zabawką, agenci podbijają ceny, gazety upychają nakład, bo z samych reklam nie wyżyją. System od lat sprawdzony, entropie wpadają odświętnie jak wujek którego znasz jedynie z imprez rodzinnych, a więc błota betonem nie uczynią. 
W temacie transferów media żyją własnym życiem. Równie dobrze znaczną część plotek mógłby utkać Stanisław Lem bądź przeciętny troll z sieci. Dziennikarski management zadbał o głębie naszego składu. W samej drugiej linii bogactwo na połowę ligi: Tolisso, Verratti, Pellegrini, Isco, Rabiot, Tielemans, N`Zonzi, Rafinha, Sergej Milinković-Savić, Emre Can, Leon Goretzka, ufff robi się ciasno jak w ulu. Praca na zmiany lub nowatorskie ustawienie 1-0-10-0. To tylko najczęściej spotykane nazwiska w kontekście Juve. Równie rozrzutne w nowych graczy Starej Damy media są w stosunku do ofensywnych wariantów: Alexis Sanchez, Bernardeshi, Di Maria, Inaki Williams, Balde Keita, Suso, Douglas Costa, Lacazette, a nawet Pan od kolejnego wielkiego transferu widmo- Griezmann. Strach pomyśleć co nastanie podczas sezonu ogórkowego, gdy boisko nie zapełni jedynki, a pisać trzeba? No i wisienka na torcie, przepraszam truskawka! Nerwus z krainy deszczowców- Max spełniony na ziemi włoskiej Allegri, po krótkiej rozłące z J-Stadium pogonił w siną dal niespełnionego Rzymianina. To od początku był mezalians.
Na garnuszku czytelnika czy wielkiej korporacji? Naturalnie łańcuch pokarmowy ma tylko jeden kierunek. Kierat speca piłkarskiego wypada podnieść do rangi przedstawiciela społeczności. Reprezentant plebsu za młodu śnił o jupiterach Camp Nou, założeniu siatki Vieriemu, a przy najbardziej mokrej fantazji, wzniesieniu złotego posążka. Dziennikarz też kibic, Palmeri mieści tylko jeden nurt, wpasowany jak Krzywa Wieża w Pizie, to też nadaje kierunkowo. Ale dosyć ględzenia, prima aprilis więc można sprzedać nie jeden spłycony komunikat. Niechaj to będzie dzień parodysty, by taki Joe Hart odnalazł radość z gry w piłkę. W zasadzie w wiadomej tematyce 1 kwietnia trwa cały rok, dzień bez nadbudowanej opowiastki o nieprawości Starej Damy bądź pewnym biznesie o klasie deal done? Z internetami nie przejdzie.


Fino Alla Fine
Forza Juve 

środa, 29 marca 2017

Na ostatniej prostej

Kwiecień- święta Wielkiejnocy, szykowanie grilla na majówkę, rocznica Smoleńska- to co widzi zwykły człowiek przewracając kolejną stronę w kalendarzu. Homo sapiens z rodziny kulistej gry zespołowej, reprezentujący plemię biało-czarnej zebry ma inny obraz przed oczami. Ostatnie skalpy włoskiego ludu, krucjata przez wrogie miasta w Coppa Italia i na deser, marsz przez połowę Europy po wyśnioną "Truskawkę na torcie". Wybacz Panie Hajto, ale siadło. Osobnik tejże grupy rzadziej skupia się potrzebach egzystencjalnych oraz pracach dotychczas uznawanych za pożyteczne lub przysparzające rozrywkę. Ciało naszego nadrzędnego częściej stroi od snu oraz posiłków, z każdym zbliżeniem do kultu swego plemienia wydziela nadmierne ilości gruczołu potowego oraz przyspiesza akcję serca. Pani Krystynie Czubównej podziękuję za wstęp. Zawsze ceniłem naukowe podejście w sprawach piłki nożnej. To, że piłkarze po ślubie tracą na formie strzeleckiej bądź stosunki płciowe przed meczem mają znikomy wpływ  na występ delikwenta- może Mario Balotelli stanowi wyjątek od reguły. Tak czy owak, nadchodzi kluczowy miesiąc, wprawdzie to majowe wieczory i czerwcowa kropka nad "i" wystawiają recenzję sezonowej tułaczki lecz kto nie przetrwa kwietniowego survivalu pierwsze promienie letniego słońca spędzi na cierpkiej rozterce- "A miało być tak pięknie...."

Musisz być albo młotem, albo kowadłem, powiedział Goethe i wcale nie miał na myśli piłkarskiej analogi. Ale w tychże słowach tkwi prawda o finalnym etapie drogi. Będą nędznicy co przepadli z kretesem mając na ostrzu noża na pieczętowanego rywala i mężowie z chwałą piszący historię wyzbytą bohaterów drugiego planu. Na tym etapie nie ma nic gorsze jak syndrom- grali dobrze ale czegoś zabrakło, nie dość, że kładzie kłam na tezę- grali dobrze, to jeszcze podkreśla gorycz porażki. Samo scudetto to już za mało by poczuć nasycenie, liga z pozoru konkurencyjna traci grację z każdą kolejką. Rzymskie dziewczę choć dorodne bywa bliźniaczo ułomne, Mediolańskie elegantki polotem nie grzeszą jak i krewna z Neapolu, bywa gorąca i powabna acz klasy wyzbyta. Dystyngowana i wyrafinowana- Stara Dama to ta jedyna, urokiem bezwstydna, fasonem nieskrępowana. Królowa może być tylko jedna.

Ligowe pielesze ganią wszelki liryzm. Szarość życiowa to zdusi w zarodku represjonizm zatwardziałych wojowników, to roztrwoni całą finezję cherubinka, tudzież błogiej Atalanty. Europa? To już inna liga, rozwiązłość piłkarska nie zna granic, porno story w Barcelonie, pocztówka z mentalnej emerytury Wengera, zamach stanu w księstwie Monako, romantyzm którego zabrakło w przyziemnym starciu z FC Porto. Wiosna ludów co ziści się w jesień średniowiecza powiadają. Bo niby takie Monaco fajne ale życie rzadko hołubi beztroskich banitów. To męski świat, pieniądze, władza, układy i choć Kopciuszek błyszczy w świetle jupiterów blask zgaśnie gdy do głosu dojdzie piłkarska maksyma: nie piękno a wynik się liczy. Jak w tym wszystkim odnajduje się Stara Dama? Wypadałoby postawić kropkę nad "i", przywracając calcio należyte miejsce. Jednak ten nieszczęsny kwiecień jawi się niczym koń trojański. Blisko, niemal na wyciągniecie ręki, a jednocześnie tak daleko.

Za co będziemy odmawiać zdrowaśki?

- Wirus FIFA i jego nukleinowe infekcje- wrócili cali i zdrowi, tego nie powiemy. Padło na Pjace, jakby chłopakowi zdrowie w nadmiarze doskwierało.
- Impotencja Pipity- pisałem o tej przypadłości kilka dni temu. Dieta wyszła mu bokiem, bo ani kilogramów mniej, ani bramek nie uświadczysz u Argentyńczyka.
- Te słoneczne Rio- finał z Niemcami przypiął się jak rzep psiego ogona. Nie trafiam w finałach i co mi zrobisz?
- Zmęczenie materiału- w baku stan przedzawałowy, a na jazdę na oparach za wcześniej. W sumie finał można przejść na euforii życiowej szansy. Na szczęście Max przezorny stosował rotację.
- Klątwa finału- Belgrad, Ateny, Monachium, Amsterdam, Manchester, Berlin i na tym zakończmy.
- Łamiące wiadomości- pół biedy jeśli odłamkowy oberwie Lemine, gorzej gdy kapral Dybala wypadnie z linii frontu.
- Wybryk fantazji-  sprawdzasz na godzinę przed meczem skład, a tam Sturaro. Myślisz, już  raz z Realem mu wyszło i po dwóch godzinach płoniesz ze wstydu.
- UEFA Respect- niby psioczenie na sędziów zakrawa na słabość jednak coś w trawie piszczy, a tendencja jest wiadoma.
- Rozkojarzony Dybala- nie chce wywołać wilka z lasu lecz umowa czeka a podpisu jak nie było tak nie ma. Na dwoje babka wróżyła niby jest ale go ni ma.
- Tryb wyjazdowy- często Bianconeri wybierający się na obcy teren błyszczą w social media. Gdy przychodzi pora na przejęcie kolejnych ziem nagle zapominają jak zarabiają na życie.
- Śpioszek Bonucci- narkolepsję wyrobnika wypadałoby puścić w niepamięć, gdyby nie fakt, że na jednym przypadku nie poprzestał.
- Warcaby na szczycie- jest coś na rzeczy i nie tylko kobieta dzieli ród Agnellich. Oby przypomnieli sobie, że grają do jednej bramki.
- Niezwykły przypadek Miralema Pjanića- ten to potrafi zgubić się jak ciotka w Czechach. Niby coś poda, ustrzeli dychę na tarczy a gdy przyjdzie harówka znika z eteru.
- Zapasowe koła- powtórka z Bayerenem niby nie wchodzi w grę. Allegri ma czym oddychać zarówno w defensywie jak i w drugiej linii. Gorzej wygląda przód, brak cichego killera typu Marcelo Zalayeta, aby Pipita mógłby spać spokojnie i zapełnienia luki po Pjacy. Jak żyć?
- Taktyczna wokanda- Allegri lubi mącić w ustawieniach ale i w głowach rywali. To ze spekulacji wyjdzie ćwierć garnituru, to wyleje dziecko z kąpieli nowym ustawieniem. Grunt żeby nie oszukał samego siebie.
- Typowe Juve- uśpienie i śmiertelny cios. Może z Napoli przejdzie ale Barcelona już raz w tym sezonie wróciła zza światów
- Loteria gwarantowanej porażki- może nie w 100% ale konkurs rzutów karnych i Juve nie są dobraną parą.
- Nedved rapsody-jak to jest ominąć największe party w karierze? Spytajcie Pavla z monety, choć druga żółta w rewanżu z Królewskimi naciągnięta do granic możliwości.
- Efekt domina-  a co jeśli takie Coppa Italia popsuje powietrze? Niby to tylko krajowy puchar ale w Turynie dzielić się z kimś nie lubimy.
-  Włoska krew- nie sądzę by limit afer na ten sezon wykorzystał Bonucci. Są wielkie oczekiwania i ludzie z ego nieokiełznanym. Burzę w szklance wody wywoła nawet nerwowa reakcja na złe ustawienie.
- Geniusz człowieka z kraju komunistów- przekleństwo każdego wirtuoza- jego własne "ja". Bo jakoś nie wierzę w stoicki spokój przewlekłego choleryka.
- Nie taka piękna jak ją malują.... -tak, jasno trzeba odpowiedzieć na to klarowne pytanie: czy jesteśmy najlepszą ekipą na starym kontynencie? Przy warunkach laboratoryjnych owszem, są ku temu argumenty ale poligon boiskowy rządzi się swoimi prawami.

Czego obawiać się nie powinniśmy?
- Nainggolan i jego laleczka Voo Doo- podobno psy które dużo szczekają nie gryzą.
-  Rozpędzony peleton- nie taki rozpędzony, przewaga w stylu Froome`a na TDF, a coraz więcej płaskich etapów na horyzoncie.
- Twierdza Turyn- wyniki na J-Stadium nie służą bukmacherom. Oby ta monotonia trwała również na Europejskim poziomie.
- Solidność w obronie-  kolejny powód by chłodzić szampany na Cardiff.
- Człowiek od przegranych finałów- wujku Pat, z całym szacunkiem ale ciągnął Pan niefortunne fatum za sobą.
- Jakość- Pan Tomasz od Bundesligi jest święcie przekonany, że to kluczowy czynnik. Wierzę na słowo.
- Obrońca tytułu poza grą?- skreślanie Królewskich już na poziomie ćwierćfinału może i słabe. Ale karma triumfatora LM nie pozostawia złudzeń.
- Lekkość bytu- o morale i chęć triumfu jestem spokojny. Juventus ma to w naturze.
Karty rozdane, rywale rozgryzieni, żaden bleef  nie przejdzie, na królika z kapelusza również bym nie liczył. Wszystko co najlepsze już dawno poszło w ruch. Złapać ten rytm i uważnie liczyć kroki. To pierwsze przykazanie na najbliższe tygodnie. Zakończenie miesiąca z pewnym tytułem oszczędzi sił i nerwów, Coppa Italia choć ostatnie w drabince priorytetów, potrzebne do utrzymania statusu quo - stąd drugie, pełna koncentracja. Piękna ta Liga Mistrzów bo próżnością karmi i wnosi na piedestał. Lecz bywa najbardziej rozchwianą z kochanek przez co trzecie- nie igrać z losem, piłka bywa pozbawiona logiki.

W zasadzie kwietniowe batalie nie zaowocują materialnym skalpem. Nawet liga może jeszcze opierać się na fikcji matematycznego rachunku prawdopodobieństwa. Funkcjonujemy w realiach systemu zero-jedynkowego. Nie ma nic pośrodku zwycięstwa i porażki, podobnie jak nie będzie stanu pośrodkowego w nastrojach ostatniego gwizdka. Bo chyba każdy jest świadom jak rzadko trafiamy na łaskawość losu i sprzyjające warunki. Zdaniem Allegriego to marzec jest kluczowy i w Rzymie potwierdzą złośliwość rzeczy martwych. Ale liga to nie wszystko i warto o tym pamiętać by tylko z jednym łupem nie zakończyć tegorocznej kampanii.


Fino Alla Fine
Forza Juve

niedziela, 26 marca 2017

Gra warta świeczki?

Wbijanie kija w mrowisko nie jest mi w smak. Redaktorem Stanowskim nie jestem, więc i pokłosie bardziej ubogie. Niby nie moje pieniądze ale jednak czuć po portfelu, niby nie mój rower ale chciałoby się pędzić przed peletonem. Zachciało się drużyny na miarę Europejskiej divy to trzeba płacić. Droga to impreza, chcesz się poczuć jak w klipie Ricka Rossa, mieć poważanie Franka Lucasa i odbijać się w cudzych spojrzeniach w rozdzielczości dwudziestocztero kartowej. Zanim wszyscy się rozgoszczą, nowobogacki sąsiad zdąży zebrać numery od najbardziej urodziwych niewiast, a połowa imprezowiczów sięgnie po płaczliwe szlagiery. Zastaw się a postaw, raz się żyje. Na bogato bawimy się, stół ulega od nadmiaru obfitości, co Pipicie uśmiech sprawia, Dani Alves króluje na snapchacie, Pjaca zabawia modelki a Barzagli robi za cnotkę. I tylko ten chłopak, którego jakbyś znał ze szkolnej ławki lub osiedlowego trzepaka czuje się nieswojo. Jest fajnie ale szpan żaden i za drętwo na mój styl. Cóż, jeszcze jeden drink i spadam? Być może w chwili publikacji postu temat „nowy kontrakt Dybali” będzie zamknięty, a Moratta zamiecie zapędy napalonych gringo pod dywan przygotowany na powitanie Tolisso. Póki co, od kilku tygodni przeżywamy Dzień Świstaka, "Dybala wkrótce podpisze nowy kontrakt". Do znudzenia, pióro zaschło czy aby na życie jak w Madrycie  przyszła ochota?

Być może dla postronnego kibica, Juventus nie jest klubem na poziomie Realu lub Barcelony. Bardziej poukładany czyli nudny, z trzeźwo myślącymi zarządcami, wyzbyty blichtru popkulturowej Odysei i ta staroświecka Serie A. Kopią tam jeszcze dziadkowie Maldini i Buffon? Staży ale jarzy panowie z Eurosportu mogliby skontrować ripostą, ale młodzież nie zrozumie. Nie zależnie od percepcji zamiejscowych, szóste scudetto na horyzoncie i rola jednego z faworytów do triumfu Ligi Mistrzów mówi samo za siebie. Kompleksy i Stara Dama to dwa różne bieguny, a żeby czuć się hegemonem nie trzeba świecić jak członek rodziny Kardashian.

Nie jest łatwo wskoczyć w obce buty, choćby w rozmiarze były jak ulał i nawet nieznoszone, zawsze będą obce. Nowy Del Piero- okrzyknięty od pierwszego dnia, bo porusza się z gracją fresków Michała Anioła, bo młodzieńczą fantazją przypomina pewnego wirtuoza z minionej epoki i za nic ma tezę o śmierci klasycznej dziesiątki, której i tak się opiera. Na wyrost ale faktycznie stał się nim, choć głównie w podświadomości kibiców Juve niż w głowie samego piłkarza. Jak to bywa z namaszczaniem przez obce dłonie, wbrew intencjom i z naciąganą ideologią, nawet jeśli nie trampolina to za Hotel Babilon uznał mury J-Stadium. Dorosnąć mentalnie i piłkarsko do bycia kolegą Messiego z prawdziwego zdarzenia. I te gorące imprezy u Shakiry...

Patrząc na boisko człowiek myśli- zasłużył na podwyżkę, w takim PSG miałby 10mln bez dwóch zdań. Do momentu wiosennych igrzysk i majówki z paradą po mieście pieniądze umilają kopanie piłki we własnej lidze, Pan Verratti potwierdza. Jednak La Liga to nie Ligue 1 lub umiłowana Serie A, prawdziwa Champions League, sztuka dla wytrawnego oka, gdzie sędziowanie ma kunszt najwybitniejszych przedstawicieli abstrakcjonizmu, aktorstwo zawstydza marzących o karierze w Hollywood, a gole spadają z nieba. To też stały kierunek pielgrzymek największych talentów i Mekka późniejszych triumfatorów Złotej Piłki. W takim oto poglądzie nasz Dybalski toczy wewnętrzny spór- Should I stay or should I go. Odpuszczę wrażliwą sferę mamony, choć i o nią toczy się gra. 7,5 rocznie nie powala w skali globalnej, to jak rzucanie na świąteczną tacę banknotu podczas gdy na tacy kopert w bród. Kominów płacowych nikt w Turynie stawiać nie ma zamiaru, w dodatku dla piłkarza bądź co bądź na dorobku. Talent być może dekady powiedzą członkowie sekty maski, a ja powiem- brawo. Jednak wokół jednego Paulo świat się niekręci.

A co jeśli istnieje życie po (lub bez) Dybali? To samo co nastało wraz z odejściem Pogby lub na początku XXI wieku po dezercji Zidane`a? Saga kontraktowa kładzie cień wątpliwości w intencje La Joya, od miesięcy zapowiada umowa powraca w odsieczy łamiących doniesień hiszpańskich mediów. Dybala podpisze, Dybala pragnie gry w Madrycie, przepychanka rodem z KSW, mniej sportu więcej rozrywki. By dogadać się wystarczy dobra wola obu stron, kilka detali, deklaracja współpracy dla agenta- czyli potocznie haracz i wolne popołudnie dla medialnej otoczki. Że znają się jak łyse konie to gadka znacznie prostsza, a jednak pat wciąż wisi, sen z powiek schodzi, choć do zakochania jeden krok....
Dybala dostosował się do koncepcji marcowych dni. Jak w garncu, to strzeli to rozegra z kunsztem wyrafinowanego reżysera to doniesienia spotęgują zniesmaczenie. Wiosna mu służy, irytacja schodzi na boczny plan, dojrzałość przechadza się beztrosko, z powiewem cieplejszego wiatru talent wrze pomimo nieśmiałej atencji, już piłkarz przez duże "P" choć w fazie loading. Poza wartością sportową to też lokata na przyszłość, potencjalny nowy rekord transferowy, kura znosząca złote jaja, choćby były przepiórcze zawsze chętnych bezliku. Lecz nie o wartość rynkową Marotta bawi się w podchody. Miał być piłkarz na lata, ulepiony na ziemi włoskiej, doszlifowany w Turyńskiej kuźni, następca ery Messiego przechwycony zanim biały dym obwieści zmianę oligarchy. Efekt demonstracji przepadł wraz z Pogbą, Juve nie może kajać się etykietą "od Nas nie odchodzi się do lepszego klubu", przyszłość Dybali będzie więc również zwrotnicą biegu hegemona, albo manifestujemy status creme de la creme, albo kalkulujemy w zabawę utratę cennych diamentów.

Rozterka świadomego bogacza, bowiem Starej Damie nie wypada uchodzić za przystanek na szlaku arkadii piłkarskiej. Biedni nie jesteśmy, ani szykiem nie ustępujemy. Teraz lub za rok, przeciąganie nieuniknionego niweczy pic na który Agnelli pracuje od lat. Pozostanę sędziwy i podziękuje za piłkarza lubującego El Clásico i wszystko co tiki-taką krępuje resztę świata. Jeśli pragnie zająć jedno z wielu miejsc w gwiazdozbiorze Królewskich, a nie zostać pierwszym księżycem zwieńczającym upływ dominacji hiszpańskich drużyn droga wolna, pomimo całej sympatii.
Zapędy hiszpańskich gigantów subtelnością nie grzeszą. Niczym plebejski lovelas, Floro Perez adoruje i rozpieszcza, by z kolejnym mercato biegać za kolejnym kaprysem. Taki James Rodriguez zna smak odrzucenia i krajobraz ławki. To czy Dybala już jest galacticos pełną gębą to inna para kaloszy. W Barcelonie, pod okiem mentora by cieniem krył swego idola? Lub w stolicy przepychu pysznością rekompensować sobie status gwizdy numer dwa lub trzy? Miałem odstąpić od kija ale nie po drodze mi z najemnikami. Jak śpiewał Adam Nowak- "nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się  oka mgnieniu", tak więc liczę na wyprostowanie sytuacji i auto-pokutę. Nie sądzę by La Joya był cokolwiek winien Starej Damie poza grą w otwarte karty, świat nie skończy i żalu nie będzie. Na boisku maska dodaje kolorytu lecz poza nim bez fasady, cenimy prostotę.


Fino Alla Fine
Forza Juve

piątek, 24 marca 2017

Przejdź na dietę mówili, będziesz lepszy mówili

Przychodzi baba do lekarza i mówi: Panie doktorze, łykam te tabletki, łykam, ale nie chudnę.
- To nie możliwe! A bierze je pani, tak jak kazałem, dziesięć razy dziennie?
- Oczywiście. Jedna po każdym większym posiłku.
Mniej więcej tak wyglądała dieta Pipity od czasu przybycia do Turynu. Pozornie ale jednak zadowalał optyczne odczucia najbardziej dociekliwych. To od biegania zrzucił co nieco, to bramkę strzelił i nie było sensu się przyczepić. My faceci średnio przejmujemy się wagą, nawet jeśli na zimę założymy Michelin to można wybronić się: "najpierw masa, potem rzeźba". Ba, kult fit-slim-men dobry ale nie dla prawilniaka? Nasz kolekcjoner obgryzionych żeberek stara się jak może by w drużynie Starej Damy nie wyglądać na gościa z przypadku. Bo albo napakowani albo wycieniowani jak kolarze na Tour de France. Dieta nic miłego, ale czego nie robi się dla Scudetto? Wszyscy chcieliśmy żarłoka, ale żarłoka bramek.... No i masz Ci los, z utratą wagi, cały vaib poszedł się je...ć.
Chyba każdy kojarzy widok bekającego Pipity przed pierwszym gwizdkiem w spotkaniu z Udine. Ten to sobie zaraz ucztę uczynni, nie będzie czego poprawić. Jakiś Fofana lub De Paul mają Nas zatrzymać? To jak najechać na mały, biedny kraj i wspomóc rodzimą gospodarkę, przy okazji odbudować szkoły i szpitale. Żeby była jasność, po jednym słabszym spotkaniu skreślenie kogokolwiek graniczy z szaleństwem ale, że wkrótce minie równy miesiąc od ostatniego trafienia Argentyńczyka do siatki rywali  to też rosnąca fala zniecierpliwienia traci na populizmie zyskując sugestywny dylemat. Każda kolejna zmarnowana setka, każde kolejne 90 minut bez gola i jak bumerang wracamy do pytania- Czy to aby Pipita był goleadorem z najwyższej pułki?

Tak drogi Pasibrzuchu, to już nie przelewki. Wchodzimy w decydujący moment sezonu, wóz albo przewóz. Na krajowe podwórko wystarczyło sięgnąć po Bacce, takie Chievo też rozszarpie i nawet Romie krzywdę zrobi. Elkann poznał termin SWAG i chciał zabłyszczeć na bankiecie: Ej, to ja fundnąłem tego grubaska, patrzcie jak prowadzi Juve do Cardiff, nawet Perez żałuje, że postawił na Benzeme. Teraz blado mu i czepia się Bogu ducha winnego Andrei. O Higuainie powiedzieć można wiele, ligowa bestia co ustrzeli Ci mistrza jeśli masz ku temu warunki, w Neapolu wreszcie doceniony odwdzięczył się (trochę nietrafione zważywszy na obecne nastroje) workiem goli. Pan od bramek gdyby nie jeden, mały drobiazg. Ten sam Pipita popada w impotencję gdy słyszy hymn Ligi Mistrzów. Zaledwie 12 bramek (edit: transfermarkt twierdzi, że 16) nikogo nie czyni poważnym snajperem. Bilans mizerny gdy w jednym szeregu wymienimy Lewandowskiego, Suareza lub nawet wyszydzanego Cavaniego. Rozgrywki międzynarodowe, zarówno klubowe jak i reprezentacyjne to coś co nie pasuje wychowankowi River Plate. Grać w środku tygodnia lub w przerwie od ligowych spotkań? Człowieku, grill mi stygnie!
28 luty, pierwszy półfinał z Coppa Italia z Napoli, Syn Marnotrawny policzkuje tonącego Sarriego. Następnie, połowa Półwyspu Apenińskiego ulega zbiorowej histerii, a Rossoneri cofają się w epokę kamienia łupanego gdy barbarzyństwo było środkiem komunikacji. W tym czasie Roma zdążyła przegrać wszystko co było do wygrania, PSG roztrwoniło dobytek zbliżony do PKB jakiegoś San Marino, a Allegri przejmował kolejny klub, o zgrozo dla wschodniego Londynu, Wenger still alive. Szmat czasu, kilogramy mięsa na talerzu. Chodząca reklama Stoperanu straciła na wigorze. Rozumiem, wielki post nie wypada tłusto zastawiać stołu ale potykanie się o swoje nogi i gonienie gołębi na dachu Stadio Luigi Ferraris to ciut za wiele aby nie mówić o zatwardzeniu.

Póki co, posucha Pipity nie przekłada się na wyniki Starej Damy, komplet zwycięstw i remis na Stadio Friuli przejdzie zważywszy na gorący terminarz. Jeśli jednak apetyt na gole nie wróci wszyscy przełkniemy twardy kawałek chleba. W rotacji Allegriego odnaleźli się niemal wszyscy, nawet Dybala marudzący, że nie grywa po 90 minut w każdym spotkaniu, nagle miejsce w składzie zyskał Mandzukić, a nawet środek obrony w iście Salomonowy sposób dostaje obłaskawiony każdą minutą. I tylko ten Pipita grający od kreski do kreski zapłacił za komfort bezpieczeństwa chytrego Maxa. Niby chudszy ale jakby bardziej ociężały, niby sprytniejszy ale jakoś tego nie widać. No i na co było zrzucać zbędne kilogramy?

To, że w Europie bardziej płodny bywa Sergio Ramos wiadomo od dawna. Ale Higuain trafił do Turynu by robić różnice, nomen omen w rozgrywkach Ligi Mistrzów, to główny wyznacznik oceny transferu. Być może nadejdzie niepotomna chwila i w pochmurnej Walii poleją się szampany otwarte przez golazo Pipity. Wiara w ludzie jest, co potwierdza tweet poniżej, jednak chodzę do innego Kościoła i rzadziej bujam w obłokach. Raz, gdyby Higuain trafiał w kluczowych momentach nadal byłby w Madrycie, dwa pozycja najlepszej dziewiątki świata byłaby bezsprzecznie rozstawiona. O ile finał mundialu z Niemcami można puścić w niepamięć, niepierwszy, który pękł przed bramą piłkarskiego raju to pewien schemat staje się aż nadto odczuwalny. Wysoka stawka, brakuje mi amunicji. A Dinamo strzelić to żaden zaszczyt.

Higuain to zjawisko i jak przystało na unikat bywa nieprzewidywalny i trudny do zbadania, to marnuje sytuacje za sytuacją by trafić niemal z przypadku. Geneza irytacji, a z drugiej strony exodus ekstazy. Być może metoda wędki obudziła by dawną bestię. Za każdą bramkę duży kawał mięcha?  Kto jak nie Allegri, który wskrzesił n-ty raz Asamoah i wymyślił nowego Mandzukica ma nauczyć Higuaina gry w LM? Barcelonie strzelać potrafi, wprawdzie statystycznie wypada słabo ale trzy bramki przeciwko Dumie Katalonii z nieba niespadły. Wprawdzie podtekstów w dwumeczu brakować nie będzie jednak to Pipita ma najwięcej do stracenia. Wskażcie dziennikarza, który nie przyczepi się do byłego gracza Realu gdy Suarez przechyli szale zwycięstwa? Który Bianconeri nie poczuje się jak Jacek Ziober gdy nasz grubasek dostanie piłkę łatwiejszą niż uczestniczki Warsaw Shore i wzruszy ramionami? Scenariusz realny bo jakby zaczerpnięty z przeszłości. Dociekliwi twierdzą, że karma za dzielenie szatni z Manolo Gabbiadinim wychodzi na jaw.

Nadmiar krytyki może trochę na wyrost, jeśli miał się zaciąć to lepiej teraz niż w kwietniu. Póki Juve wygrywa, Pipicie uchodzi na sucho dieta bramkowa. Liczby wciąż są okazałe i na pierwszy rzut oka pozwalają na rozgrzeszenie chwilowej niemocy. Gdyby tak jeszcze dorzucił trzy grosze do półfinału LM i zamknął sprawę Scudetto nim zakwasy rozłożą rześkość Starej Damy. To tylko drobne życzenie warte budżetu takiej Atalanty. Nim jednak Pan 90 milionów zje zęby na kuchni wegańskiej, powrót na San Paolo. Już raz pod Wezuwiuszem odnalazł instynkt mordercy. Pora więc na sytą wyżerkę! Bon Appetit...

I powtórki z rozrywki.

Fino Alla Fine
Forza Juve

wtorek, 21 marca 2017

Turyński dekalog

Nie jest tajemnicą, że mój stosunek do demokracji ma wydźwięk wytwórni Marca Dorcela. Lubię wiedzieć kto w razie "W" poprowadzi na chwałę Bożą i czuć, że jutro nie zależy od zbiorowej paranoi. Fetysz władzy to obok seksu największy konik w historii ludzkości, siła ogromna tylko jakby popyt wykraczał poza grancie fantazji Orwella. Popatrzcie na Allegriego, wkrótce za nieposłuszeństwo zacznie karać obcych piłkarzy. To jak znieczulenie morfiną lub toksyczne ukąszenie Kantego, już inaczej nie potrafisz. We własnej skórze natknął się na ducha poprzednika- sorry ale taki mamy klimat. To miejsce zmienia człowieka, nie łudźcie się, Spall może i wydaje się równym gościem bo odświętnie Radje uczłowieczył ale również popadnie w manie władzy kompletnej. Jak żyć w państwie ograniczonych swobód i dyktaturze zwycięstwa? Odgrywając Kieślowskiego adresuje kilka rad do Tolisso, Spinazzoli i innych gości będących już na walizkach, łatwo nie będzie. Ale za to jakie ładne selfie na koniec sezonu?
1 Nie będziesz miał woli swej przed trenerem Twoim- celna uwaga dla niespełnionych mędrców co sprawnie grzebią w obcej piaskownicy. Jeśli jesteś przemądrzały to udzielaj się na boisku. Bracia Bonucci i Lichy poznali smak twardego paska na czterech literach. To pojedynek soft Gołoty z Lenoxem Lewisem, wiadomo kto jest białasem do zlania.

2 Nie będziesz ignorował trenera swego- skruszony na klęczkach Dybala zna cenę pokuty. Trener Twój Bogiem Ci będzie, a przed innymi bóstwami kajać się nie będziesz. Może ego Ibry wyrastało poza dach Old Trafford i Parc des Princes ale Turyn to katedra co sodomy gomory nie widziała. 

3 Nie będziesz wodził furii trenera swego na pokuszenie-przeciąganie struny nigdy nie przejdzie obojętnością. Karny jeżyk, wizyta na trybunach, łatwo wzniecić gorzej przygasić, a i niewiele potrzeba by nerwus przy linii bocznej spostrzegł płachtę byka z Twoim numerem na plecach.

4 Pamiętaj by dzień meczowy święcić- koncentracja, a w zasadzie jej brak stał się grzechem śmiertelnym podczas wypadów do Mediolanu lub Florencji. Miało być jak podczas występu Guns`n Roses, mocne wejście, uśpienie balladami i eversong show z tłustym wokalem Pipity na akompaniamencie Dybali i spółki. Skończyło się na przeglądzie pieśni żałobnej z estetyką Festiwalu Piosenki Aktorskiej.

5 Bądź posłańcem woli trenera Twego- jak Irena Kwiatkowska w Czterdziestolatku, żadna robota straszna Ci nie będzie. Kult cnotliwego Padoina świeci przykładem, czy to na obronie czy na połowie przeciwnika ważne by spełnić zapiski z notatnika. A i nowinki taktyczne wkuwaj z rozpędem prymusa roku.

6 Szanuj ławkę swą- słowo klucz by na ostatniej prostej nie zaliczyć rejsu Titanica- ROTACJA. To co potencjalny książę Spalletti musi wpisać do swojego słownika i podkreślić faken grubą kreską. Nawet Pipita musi odpocząć od spalania kalorii i nie jeden Sturaro znajdzie się by wejść przed kolejką. Bywa.

7 Czcij każdą minutę jakby była Ci ostatnia- niby jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz, ale pamiętaj, że oczkiem w głowie nigdy nie będziesz. Znów rotacja zbiera owację na stojąco, że nawet po udanych zawodach można zaliczyć Słowiański przykuc wie dobrze Daniele Rugani, na każdego przyjdzie pora. 

8 Czcij Victorie jak ziemię obiecaną- powtarzana mantra- liczą się tylko zwycięstwa. Wtórując tejże przyśpiewce pamiętaj by nie czuć satysfakcji z jednego oczka, to zawsze będzie zawód jak szczebel niżej na podium. A social biografia Il Principino niechaj ewangelią Ci będzie.

9 Pamiętaj, aby barwy swe święcić- krótkie zaznajomienie ze specyfiką miejsca prosto z Wikipedii nie wystarczy. W świecie post calciopoli zło ma klarowne barwy. To, że igraszki z wrogiem na froncie są zabronione powie wiedzą nawet najstarsi górale. Ale na jednych merdach draństwo

10 Ani aby domu swego nie porzucać- wystarczy spojrzeć na byłych graczy Starej Damy. Więcej radości uświadczymy w reklamach proszka do prania. Fikcyjna pani domu ma więcej radochy z czystej bieli niż Morata w wymarzonym klubie. A podobno, życie jak w Madrycie...

Niby ściągawka mało oryginalna, taki elementarz dla roztropnych lekkoduchów, choć zabrakło pierdół o hierarchii i poszanowaniu starszyzny. No ale etap szkoły podstawowej manier piłkarskich chyba każdy trafiający na J-Stadium ma dawno za sobą. Wrzało w Turynie ostatnimi miesiącami, to przybicie piątki stało się passe, to wyrobnik pomylił swojego z obcym. Ale, że to stan przejściowy i nawet w Watykanie spowiadają to chyba każdy wie. Lato tuż, tuż, Marotta kręci nosem, jakiś deal by się przyklepało bo na umowie Caldary pomniku mi nie postawią. Fakt, przydałby się lepszy fundament bo jeden Higuain i nieco zapomniane transfery to trochę za mało by robić za żywą legendę. Licząc, że popłynie na fali udanego lata ostrzymy sobie zęby na nowego Vidala z Lyonu lub znudzonego szyderą i posępnym Francuzem Sancheza, choć o tym gościu możemy pisać w kategorii surrealistycznych spekulacji. Ale, ale...

Memy oczekiwania vs rzeczywistość raczej nam nie grożą. Beppe- We trust You, ale nie żartuj sobie z jakimś Balde Keitą. Prędzej rozpali grilla na środku murawy niż wyczaruje Mertensa pod bramką rywala. I w tym, mój moralizatorski wywód, nastał czas klasowych najemników, ludzi którzy mogą wybrzydzać w ofertach i nie zawsze Juve będzie opcją nr 1. To nie Federico Peluso który z pocałowaniem ręki przyjmował propozycję Starej Damy, Panów piłkarzy co przeżyli swoje i wiedzą lepiej będziemy napotykać częściej. A wcześniej czy później jakiś Kessie zbroi nam prywatny Gang Albanii równie na bani na boisku jak i poza nim.

Pozostaje wzruszyć ramionami czy naprostować żółtodzioba? Nie zawsze wujkowie Buffon i Barzagli będą bawić się w przedszkolanki, nawet swojski chłopak z sąsiedztwa miewał muchy w nosie. Większe wietrzenie w szatni zawsze rekrutuje Piętaszka błądzącego wzrokiem po tunelu i pytająco stwórcy co ja tu robie? Być może taki Orsolini trafi na mentalny szklany sufit, a skoro Marotta bawi się w łowienie nieodkrytych talentów to powyższy dekalog niekoniecznie oznacza nadmiar słowotoku, a dobrotliwą radę- pamiętaj gdzie Twoje miejsce. 

Fino Alla Fine
Forza Juve

piątek, 17 marca 2017

Grzechy rodziny Agnellich

"Miałeś, chamie, złoty róg, miałeś, chamie, czapkę z piór. Czapkę wicher niesie, róg huka po lesie, ostał ci się ino sznur". Na ostatnią wieczerzę przyszła pora, kogut pieje, wicher miota, Andrea za łaską ciśnie swe żywota. Miałeś chamie majestat niepodzielny, miałeś przychylność pyszną, ostał Ci się jeno zdrady smak. Jeśli wiara kłamliwym ustom ma na końcu języka prawdy posmak grzechem kajasz się. Nie będziesz cudzołożył, ani będziesz pragnął żony jego, ani sługi, ani służebnicy, ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy, która jego jest. Dekalog księgą nakazaną i nią będziesz sądzony. Drogi Andrea, pokuty Twej nadszedł czas. Oszczędzę Wam kalania Wyspiańskiego, tą zagwozdkę pozostawię przyszłym uczestnikom Milionerów. Prasa bulwarowa- prosta sprawa, nie czytam. Co jednak gdy na jedynkach pojawia się gruchająca para, a google translate mówi o jakimś romansie. Ten typ to chyba nasz Andrea?! Niby z piłką nie ma to nic wspólnego, a jednak. Zdrada nie jedno ma imię, tym bardziej gdy zdradzając sam zostaje zdradzony.

Czym byłby świat bez wielkich rodów, historii pisanej błękitną krwią, dziedzictwem z dziada pradziada chomikowanej na poczet jutra nienarodzonych. Mitycznie legitymujących swą pozycję bądź jawnie krzepiący spolegliwość mamony. Windsorzy, Glücksburgowie- relikt przeszłości i celebryci lepszej jakości, a mimo wszystko wolę taki układ drabinki od fikcji woli ludu. Świat footballu również może pochwalić się dynastią zmieniającą bieg rzeki. Jak przystało na klasyczną monarchię w realiach social media i zaklapkowanego widza skrajnie objętą cenzurze i z wrogością podejmowaną na obcym terenie. W czasach gdy szejkowie nie wychylali nosa poza swój Harem, a Rosyjscy oligarchowie siedzieli na Kremlu, pewien człowiek pomimo prestiżu i fortuny kołem pisanej a nie toczonej ziścił swój sen o drużynie sygnowanej własnym imieniem. Edoardo Angelli stał się pionierem wśród krezusów calcio. Stara Dama wyrosła na pierwszą damę w Italii a Juve jak przystało na dziedzica monarchii zostało znienawidzone po wieki.

Rób Agnellich od zawsze przypominał mi biegiem dynastię Kennedy. Kochana i nienawidzona, obarczona piętnem kostuchy, oczywiście w mniejszych proporcjach i od zawsze dążąca do piedestału. Juventus to ród Agnellich, a rodzina Agnellich to Juventus. Począwszy od 1923 roku do dnia dzisiejszego, Juve w rękach potomków twórcy imperium Fiata dzierży hegemonię. Potomkowie Edoardo niemal zawsze gwarantowali sukcesy, byli swoistym talizmanem przykuwającym kolejne puchary. Jakby we krwi mieli recepturę na rozłożenie Interu i zatrzymanie Gladiatorów z Rzymu w boksach. Dziedzictwo nestor zawsze leżało w gestii kibica Juve, bo dobro rodziny równało się dobru klubu.

W zasadzie można by zakończyć dzisiejszy wypad do domu Agnellich. Wnuk wielkiego Umberto potwierdził prawidłowość o wyjątkowości swego pochodzenia. Ale, że w rodzinnie obowiązują pewne zasady to i kres tronu obecnego dziedzica pojawił się na horyzoncie. Odbudowanie klubu, przywrócenie renomy, nadanie wartości sportowej i biznesowej zeszło na drugi plan, dziś fundamentalna sfera życia ciąży na sumieniu. Czarną owcą był jeszcze przed prezydenturą, problemy biznesowe, niejasna przeszłość, kłopoty z nocnym życiem, plam na życiorysie nie brakowało. Być może wizyta seniora Chajzera zmieniła Andree, fotel sterownika klubu do czegoś zobowiązuje i za grzechy młodości spowiadać się już nie wypada.

Co może poróżnić dwóch dorosłych mężczyzn? Kobieta lub pieniądze. Obie namiętności w tym przypadku wodzą na pokuszenie. Gdyby to Słowiańska krew żyłami płynęła wystarczyłoby szkło i butelka. Włoskie rody uznają inny język, wyprawa na ryby z wyklętym bratem, koński łeb, kurtuazja jest dla słabych. Przypadek dobrze znany, facet z poukładanym życiem rodzinnym pakuje się w tarapaty, oczywiście przez kobietę. Mógł jak Clinton obejść się literą prawa, wystarczyło jedno cygaro, przecież również popala i zachowanie stołka przykryłaby fikcja problemów małżeńskich, nawet świętoszek Elkann nie jest bez skazy. Deniz Akalin warta grzechu stwierdził jednak, to co by przeszło bez echa w korporacyjnym półświatku w rodzie Agnellich wiąże się z wygnaniem. Jak mawiał Michael Corleone- Rodzina jest najważniejsza. Ale ten sam Corleone powiedział: "Jesteś moim bratem i kocham cię. Ale nigdy więcej nie występuj przeciw Rodzinie".

Niby plotkom wierzyć nie można, ale pisze Gigi Moncalvo więc robi się poważnie. Widok wielkiego Juve pod wodzą krewniaka mierzi Elkanna. Co prawda nie chodzi o Juve, bo wspólne dobro klubu to obok więzów rodzinnych jedyna rzecz która nadal zbliża obu dżentelmenów ale o uznanie jakim piłkarski świat darzy kuzyna. Tego który za młodych latach kandydował do syna marnotrawnego i długo przysparzał wstydu rodzinie. "John Elkann jest bardzo zazdrosny o sukcesy Andrei. Agnellemu nic nie uchodzi na sucho, zarówno z perspektyw sportowych, jak i osobistych. Fakt, że Andrea zostawił swoją żonę i dwójkę dzieci dla tureckiej kobiety, podzielił go z Johnem Elkannem i jego żoną,  Lavinią Borromeo. Sprawa jest o tyle gorsza, że nowa partnerka Andrei spodziewa  się dziecka. Andrea musi cierpliwie znosić całą serię publicznych upokorzeń, co robi ze stoickim spokojem i co doprowadza do ciężkich do opisania sytuacji. Agnellego będą próbowali się pozbyć przy każdej nadarzającej się okazji" (reszta u kolegów)- scenariusz niemal żywcem wyrwany z Dynastii, zdrada, zazdrość, namiętności dobrze znane od wieków. Głosów o siermiężnej mentalności rodziny Fiata nie brakuje. Żeby w XXI wieku wątpliwa moralność pozbawiała człowieka statusu? Może i świat się zmienia ale człowiek nie. To co wieki temu prowadziło do upadku i dziś zbiera swe żniwa. Wyczuwam jednak drugie dno, pranie brudnych pieniędzy, prywata wykraczająca poza J-Stadium, kontakty z ciemną sferą, brak lojalności w biznesie? Obaj nie uznają drugiego miejsca, wiadomo Juventini, obaj z mlekiem matki wyssali dążenie do wielkości niczym nie ograniczonej.  To spór wbrew intencjom, bo czy zazdrość ciąży mniej od zdrady?

Kto buduje na ludzkim zaufaniu, buduje na piasku. Tak więc do ostatniej wieczerzy Andre Agnelli przysiądzie w samotności. Ludzie wokół których otaczał się przez lata i którzy na sukcesie swojego decydenta osiągnęli swoje przyjmą pakt milczenia. Padre może być tylko jeden, zarówno w rodzinie jak i w klubie. W tej wojnie wygrać może jedynie koalicja Anty-Juve, bo zarówno Pavel Nedved jak i Alessandro Del Piero doświadczenia w zarządzaniu tak wielkim imperium nie mają i krwi Agnellich u nich nie doświadczysz. Ostatnie rządy "obcych" przywołują przykry obraz, Serie A skażona obrazem calciopoli, Juve pokutujące drogą krzyżową, istne bezkrólewie. Skoro miłość jest tu kością niezgody to niech i ona będzie cenzorem sędziego i ofiary. Troska Elkanna o los Juve nie zawsze była wzorowa i w tej kwestii wypadało by się również uderzyć w pierś. A jedynie sprawiedliwy ma prawo sądzisz grzesznika, drogi Panie zazdrośniku.


Fino Alla Fine
Forza Juve